niedziela, 6 listopada 2016

Szok i potrzeba kontrastu, czyli przemyślenia po pierwszych dwóch odcinkach 7. sezonu "The Walking Dead"


Siódmy sezon serialu „The Walking Dead” rozpoczął się w taki sposób, że nie byłoby przesadą nazwanie pierwszego odcinka jednym z najmocniejszych otwarć w historii telewizji. Po szokującej petardzie twórcy obrali jednak zgoła odmienny kierunek i zaproponowali widzom epizod o zdecydowanie spokojniejszym charakterze. Czy zaistniały rozdźwięk okazał się dobrym posunięciem? Według mnie jak najbardziej. Ale po kolei. Tylko uprzedzam, że trafi się troszeczkę spoilerów, choć przy wielkim rozgłosie serii trudno ich uniknąć, zwłaszcza żyjąc w dobie internetu.

Nie ukrywam, uzależniłam się od telewizyjnych zombiaków, no i oczywiście od ekipy Ricka Grimesa. Moje zainteresowanie „The Walking Dead” udzieliło się ponadto reszcie domowników, w efekcie czego oglądanie serialu przybrało formę rodzinnego zwyczaju. Pamiętam, jak z coraz większym napięciem śledziliśmy wydarzenia z finałowego odcinka poprzedniego, szóstego sezonu. Ten zaś zakończył się potężnym, lecz wzbudzającym różne emocje odczucia. Mowa o kontrowersyjnym cliffhangerze, bowiem pojawiały się głosy psioczące na taki zabieg. Z jednej strony, wymowa ostatnich minut była odpowiednio dosadna, z drugiej – seans pozostawił w umysłach wielu fanów ogromny znak zapytania. Nie wspominając już o konieczności czekania kilku miesięcy, by zobaczyć ciąg dalszy i definitywne rozwiać pewne wątpliwości.

Nie zamierzam kłamać, że ze stoicką cierpliwością wypatrywałam powrotu „Żywych trupów” na antenę. I tak byście nie uwierzyli, skoro przyznałam się do mojego zauroczenia. Nie zaprzeczę też, iż lekko rozczarowałam się takim urwaniem akcji, acz rozumiem decyzję twórców. Dzięki temu zagwarantowali sobie jeszcze żywsze oczekiwanie na kolejne epizody, co mogę potwierdzić na własnym przykładzie. W ramach przypomnienia: finał szóstej serii zwieńczono dramatyczną konfrontacją z ludźmi, którzy ochrzcili siebie mianem „Zbawców”. Nie żeby było to pierwsze spotkanie, ale tym razem osobiście pofatygował się również ich przywódca – Negan. Dotychczas owiany nimbem tajemnicy, bo uprzednio funkcjonował wyłącznie w formie imienia, mężczyzna otrzymał efektowne wejście, w czym zasługa zarówno scenariusza, jak i kapitalnej gry aktorskiej Jeffreya Deana Morgana. Niestety, entrée Negana miało wysoką cenę w postaci śmierci kogoś z grupy Ricka, co stanowiło karę za wcześniejsze uszczuplenie armii Zbawców. Na kogo konkretnie padło? Odpowiedź przyniosła dopiero październikowa premiera siódmego sezonu, lecz nie zadowolono się zwyczajnym ujawnieniem czyjejś tożsamości.


Chociaż wiedziałam, że będzie ostro, nie spodziewałam się tak intensywnej jazdy przez niemalże cały czas trwania odcinka. Koniec końców przyszła pora na pożegnanie nie z jedną, a z dwoma ważnymi i lubianymi postaciami. Ba, nawet, gdy postawiono mnie przed faktami dokonanymi, nie potrafiłam odegnać od siebie lęku o to, co jeszcze może nastąpić. I działo się, mimo że królowały przemowy Negana oraz udręka na twarzy Ricka, od kilku lat świetnie granego przez Andrew Lincolna. Złośliwi mogliby niby wytknąć takiemu posunięciu rozwlekanie odcinka, ale w tym właśnie tkwi metoda. Postawiono na niespieszne podtrzymywanie i podgrzewanie napiętej atmosfery, co w praktyce okazało się strzałem w dziesiątkę. Dodam, iż natknęłam się w sieci na wypowiedzi twórców, dotyczące konstrukcji owego epizodu. Tu nie chodziło jedynie o złamanie Ricka, któremu Negan dobitnie pokazał obowiązujący rozkład sił. Stłamszeni mieli zostać także widzowie, a ta sztuka udała się znakomicie. Sama doznałam emocjonalnego wstrząsu, jakby to nade mną się znęcano. Po seansie zasypiałam markotna, a następnego dnia odczuwałam przygnębienie.

Wraz z upływem dni smutek stopniowo zanikał, aczkolwiek nie rozpłynął się totalnie w powietrzu. Owszem, nie zapomniałam, że to fikcja. Jednak powtarzam – siła przekazu była miażdżąca, dosłownie i w przenośni. Poza tym, szkoda mi ofiar szefa Zbawców, a w szczególności jednej osoby, z którą bardzo się zżyłam. Dlatego uważam, iż drugi odcinek sezonu obrał dokładnie taki kształt, jak powinien. Emocjonalna rozsypka słusznie ustąpiła w nim pola swoistemu wyciszeniu, bo potrzebowaliśmy wytchnienia, przynajmniej tymczasowego. Ukojenie przeznaczone było przede wszystkim dla widzów – wybraliśmy się przecież w inne rejony niż te, gdzie aktualnie przebywają poprzednio widziani bohaterowie. Epizod nr 2 przybliżał losy Carol i Morgana, którzy zostali zabrani do osady o nazwie Królestwo. Co prawda jej mieszkańcy muszą płacić daniny zbirom Negana, ale nie stawiają zbytnich oporów, więc egzystują w miarę spokojnie.

Warto przy tym podkreślić, że budowa drugiego odcinka pozwoliła rzetelnie przedstawić odbiorcom nowe miejsce i zobrazować panujące tam warunki. Wyściubienie nosa poza obóz wiąże się rzecz jasna z napotkaniem zombie, lecz generalnie członkowie tej wspólnoty wolą unikać problemów. Na czele owej społeczności stoi natomiast charyzmatyczny i zarazem ekscentryczny jegomość, tytułujący się królem Ezekielem. Pomimo teatralnej otoczki, to pozytywny człowiek, który zapewne zyska spore grono sympatyków. Jeśli chodzi o mnie, szybko polubiłam faceta, podobnie jak najbliższą obstawę Ezekiela, czyli tygrysicę Shivę. Pisząc o Królestwie, zdaję sobie sprawę, że pod kilkoma względami może wydać się nieco śmieszne, szczególnie dla kogoś z zewnątrz. Takie wrażenie niewątpliwie towarzyszyło samej Carol. A dowiodła tego urocza konsternacja na twarzy kobiety, kiedy po raz pierwszy ujrzała króla oraz jego „kociątko”.

Co tu się odwala? Tak przypuszczalnie pomyślała Carol, poznając Ezekiela. Podobną refleksję dało się również wyczytać z oblicza Ricka, choć w zupełnie innym, bo dołującym kontekście. A co będzie potem? Komiksy Roberta Kirkmana, na podstawie których powstał serial, niewiele mi obecnie pomogą. Nie czytuję oryginalnej wersji obrazkowej, w związku z czym moje informacje z tego zakresu ograniczają się do pojedynczych strzępków. Zresztą dogłębna znajomość materiału źródłowego nie posłuży za idealny drogowskaz, jako że telewizyjna adaptacja nie odmawia sobie wprowadzania mniejszych bądź większych odstępstw od pierwowzoru. W każdym razie, mam swoje przypuszczenia i ciekawa jestem dalszego rozwoju wypadków. Można się także zastanawiać, czy „Królewski” wentyl bezpieczeństwa nie tylko pozwalał odetchnąć po bolesnym tête-à-tête z Neganem, ale i przed kolejnym epizodem. Sądząc po obejrzanej zajawce, ten na pewno zaoferuje cięższy klimat, skoro spędzimy go pod strzechami Zbawców. Mentalne tarmoszenie widza raczej nie osiągnie równie intensywnego stopnia co na dzień dobry, lecz lekko nie będzie. Pożyjemy, zobaczymy…

4 komentarze:

  1. Pierwszy odcinek jak dla mnie miażdżył. Aż takiego obrotu akcji się nie spodziewałam. Drugi z kolei mnie znudził..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie również zaskoczyli tym pierwszym odcinkiem, nie mogłam się po nim pozbierać. :( Drugi z kolei bardziej wyciszony, ale jednak mi się podobał. No i był kotek - co prawda trochę za duży jak na domowe standardy, lecz śliczny (a właściwie śliczna). Ciekawi mnie też dalszy rozwój relacji na linii Carol - Ezekiel. :)

      Usuń
  2. Powiem Ci, że ten kotek zrobił mi w zasadzie cały odcinek :D najlepszy jego element! Co do Carol..strasznie mnie wkurza. Ciągle jej coś nie pasuje, wiecznie nieszczęśliwa, poszkodowana i zawsze chce na własną rękę wszystko robić. Dlatego ten odcinek był dla mnie średni. Ale Ezekiel, cóż pewnie jeszcze o nim usłyszymy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei lubię Carol. Właściwie to ona i Michonne są moimi ulubionymi kobiecymi postaciami w serialu. Fakt, Carol zdarzają się dziwne zachowania, ale wydaje mi się, że ostatnio też przechodzi jakiś kryzys. W zasadzie to chyba ten najgorszy okres ma się ku końcowi - gorzej według mnie czuła się pod koniec poprzedniego sezonu. A teraz to może Ezekiel wyśle jej nieco pozytywnej energii. ;)

      Usuń