Legendy miejskie to takie opowieści, które ochoczo operują dreszczykiem. Dla popkultury, a zwłaszcza dla gatunku grozy, stanowią zatem wdzięczny materiał do kreatywnego wykorzystania, co przekłada się na powstawanie historii nadających im realnych i śmiertelnie niebezpiecznych kształtów. Tak jest np. z jednotomową mangą „Portus”, której autor – Jun Abe – uczynił motywem przewodnim przeklętą grę wideo.
Głównymi bohaterami tej historii są licealistka Asami i nauczyciel plastyki Keigo. Wiadoma gra nie tylko obiła się wcześniej obojgu o uszy jako jedna z miejskich legend, lecz także bezpośrednio wkracza w życie protagonistów, a to za sprawą innej dziewczyny – Chiharu. Przyjaciółki Asami, która uczęszcza z nią na zajęcia z kółka prowadzonego przez Keigo i zaczęła grać w Portusa. Niestety, nie dość, że zachowanie Chiharu wzbudza od pewnego czasu niepokój, to na dokładkę, nastolatka popełnia niebawem samobójstwo. Nic więc dziwnego, że jej kumpela i belfer zaczną drążyć temat.
O ile Keigo otrzymał od Juna Abe bardziej detektywistyczną rolę, gdyż nauczyciel pragnie dotrzeć do firmy odpowiedzialnej za grę i jednego z jej współtwórców, tak dla Asami autor obmyślił więcej cięższych doświadczeń. Wprawdzie każde z tej dwójki stanie na pewnym etapie fabuły w obliczu bardziej namacalnego zagrożenia, ale to uczennica szybko natyka się na starą grę telewizyjną, która okazuje się Portusem. Taki zabieg podbija stawkę, gdyż kontakt z nawiedzonym sprzętem powoduje, że dziewczynie ewidentnie grozi podzielenie losu zmarłej przyjaciółki.
W ogólnym zarysie mamy do czynienia z sytuacją rodem z klasycznych, filmowych japońskich horrorów, w których klątwa przykleja się do człowieka, zamieniając jego życie w koszmar i nie dając spokojnie spać. Nie mówiąc o tym, że dla ofiary to stosunkowo szybka, aczkolwiek bardzo przytłaczająca droga do przedwczesnego zgonu. Ponadto nieszczęsna gra z kart omawianej mangi jest jak np. nawiedzona taśma VHS, która dała popalić bohaterom kultowego „Ringu” w reżyserii Hideo Nakaty.
Co prawda „Portus” nie rewolucjonizuje azjatyckiej grozy, lecz generalnie sprawnie przetwarza motywy kojarzone z takiego rodzaju filmami. Fabuła potrafi zresztą zaciekawić, a do tego można liczyć na odpowiednio sugestywny i nieprzyjemny klimat. Stąd daje tu o sobie znać złowieszcze uczucie beznadziei, mimo że w toku akcji podejmowane są starania, by wyjaśnić pochodzenie giereczkowej klątwy i znaleźć klucz do pozbycia się nadnaturalnego problemu. Szkoda jednak, że fabuła staje się później nieco chaotyczna, choć – w pewnym sensie – oddaje w ten sposób atmosferę szaleństwa. Można też było odpuścić sobie bodajże ze dwie sceny napaści seksualnej, które, w moim odczuciu, zostały upchnięte na siłę i na zasadzie taniego szokowania.
Co do warstwy wizualnej, kreska „Portusa” nie zalicza się do klasycznie pięknych, lecz widać, że Jun Abe przyłożył się do tego aspektu. Bo to dzięki takiemu stylowi oprawę graficzną można uznać za dużą zaletę owej publikacji. Obrazki pasują do specyfiki ponurej historii o przeklętej grze, często odznaczając się brudnym, przygnębiającym, a nawet i przytłaczającym klimatem. Negatywne emocje na twarzach bohaterów nierzadko sprawiają zaś wrażenie dodatkowo podkręconych, a co za tym idzie – dorzucają swoją cegiełkę do zwiększenia ciężaru fabuły. Przyznać też muszę, iż – pomijając pojedyncze kadry - twórca komiksu należycie wykorzystał pole do popisu, jakie dały mu surrealistyczne i upiorne fragmenty z wyeksponowaną aktywnością klątwy (wizje, sny itp.).
Reasumując, „Portus” to przyzwoicie przyrządzony horror spod znaku azjatyckiej grozy, choć nie wymyśla na nowo koła w swojej kategorii. Może nie kupił mnie w stu procentach, bo na dalszym etapie scenariusz zalicza lekki spadek jakości, ale doceniam konsekwencję autora w budowaniu nieprzyjemnej atmosfery. Jeśli więc lubicie japońskie horrory, myślę, że warto rozpatrzyć lekturę historii rozpisanej i rozrysowanej przez Juna Abe.
-------------------------------------------------------------------
Tytuł polski: Portus
Tytuł oryginalny: Portus
Autor: Jun Abe
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: ok. 230



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
System komentarzy, tak jak cały blog, funkcjonuje na platformie Blogger, gdzie stosowane są zasady polityki prywatności Google.