Często słyszymy,
jak ważną rzeczą jest umiejętność zrobienia dobrego pierwszego wrażenia. Ba,
wystarczy spytać o to wujcia Google’a, aby w odpowiedzi wyświetlił nam szereg
witryn ze stosownymi radami. W księgarniach też zresztą można natrafić na poświęcone
temu tematowi książki. Jednakże w żadnym z takich poradników nie kazano by brać
przykładu z osób w typie głównej bohaterki „Aniołka”. Otóż kobieta już na
wstępie wzbudza odczucia, którym daleko do pozytywnych myśli.
Ano
wita nas pannica rozważaniami odnośnie zamordowania własnego narzeczonego.
Wiadomo, że nie powinniśmy brać tego na serio, lecz jak człowiek czyta takie
refleksje na dzień dobry, raczej nie nastraja się zbyt pozytywnie do danej
postaci. Owszem, oziębły narzeczony nie jest ideałem, acz posiada opinię
całkiem zacnej partii. Niemniej Harriet Purcell, bo tak nazywa się owe
dziewczę, również nie należy do przykładów wzorowego zachowania. Jest pyskata,
bywa kapryśna i z łatwością wydaje osądy na temat różnych osób, mimo że sama ma
nieźle za uszami. Dlatego też nie potrafiłam obdarzyć Harriet nadmiernymi
pokładami sympatii, w zamian często irytując się za sprawą takiej, a nie innej
jej postawy. Wprawdzie w wyniku pewnych wydarzeń dziewczyna nabiera większej odpowiedzialności,
ale pod koniec utworu i tak widać, że w zasadzie niewiele się zmieniła. A
przynajmniej jeśli chodzi o te rzeczy, w których najbardziej mnie denerwowała.