Fantastyczno-naukowe historie ochoczo sięgają po motyw kolonizacji obcych planet, która wiąże się z dużym ryzykiem dla uczestników takich zadań. Nie ma przecież pewności, co dokładnie kryje się na powierzchni odwiedzanych globów i czy nie wyskoczą jakieś trudności jeszcze przed wylądowaniem w punkcie docelowym. Ten znany i lubiany temat wykorzystuje również powieść „Nim wstanie dzień”.
Książka ta otwiera cykl „Kronika podboju” autorstwa polskiego pisarza o pseudonimie Vladimir Wolff. Akcja powieści przenosi nas do przyszłości, a pierwsze skrzypce na kartach utworu gra Alan Tarnowski, były marines, który podjął się pracy w fabryce przy taśmociągu. To samotny, zmęczony życiem i pozbawiony złudzeń mieszkaniec maleńkiego lokum w ubogiej części miasta, gdzie nie brak wszelkiego rodzaju patologii. Alan jest przy tym świadom bezdusznego wobec niższych warstw społecznych systemu, czego dobitnym potwierdzeniem okazuje się utrata dotychczasowej roboty w zakładzie przemysłowym.
Szansą na poprawę obecnego położenia zdaje się być zaś dla pana Tarnowskiego wzięcie udziału w projekcie multimiliardera Meesa Verbeeka. Istnego Midasa biznesu, który zbiera wielu rekrutów, by wysłać ich na Epsilon 1158A, odległą planetę o warunkach zbliżonych do ziemskich. Alan szybko jednak orientuje się, że to nie tylko misja kolonizacyjna, lecz również militarna, a on sam przyda się z uwagi na doświadczenie wojskowe. Co więcej, nieliche komplikacje pojawiają się już w czasie lotu statkiem kosmicznym Nemesis, a Epsilonowi, mimo że oferującemu atrakcyjne wizualnie krajobrazy, daleko do bezpiecznego raju. Wręcz przeciwnie, główny bohater i pozostali podróżnicy napotykają wiele śmiertelnych zagrożeń.
Autor zwięźle opowiada o losach Alana i śmiałym przedsięwzięciu, którego to jednym z pionków staje się nasz protagonista. Treściwy język bynajmniej nie przeszkodził w zaserwowaniu pełnego wglądu w realia świata przedstawionego. I to zarówno jeśli chodzi np. o wstępne zasygnalizowanie społecznej nierówności na Ziemi, jak też obrazowe opisy otoczenia, w tym chociażby egzotycznego i niezwykłego środowiska Epsilonu czy konstrukcji Nemesis. Jednocześnie pan Wolff nie omieszkuje wtrącać technicznych i militarnych detali (m.in o treningach przed wylotem czy maszynerii zabranej na misję), robiąc to na tyle umiejętnie, by uniknąć efektu przytłoczenia takimi szczegółami.
Co równie istotne, pióro Vladimira Wolffa jest odpowiednio lekkie, by sprzyjać wciągającym wydarzeniom z powieściowych kart. Ponadto styl rodzimego literata potrafi oddać – w razie potrzeby – zwiększone napięcie i dynamikę danych fragmentów bądź nastrój tajemnicy o różnych odcieniach, wynikających z rozmaitych sekretów na drodze uczestników kosmicznej wyprawy. Mówiąc krótko, fabuła odznacza się sprawnym tempem i dzieje się tutaj rzeczywiście dużo.
W początkowej fazie opowieści, kiedy jeszcze przebywamy na Ziemi, wyczuwalne są bowiem dystopijne nuty, podczas gdy w trakcie szkoleń wojskowych zaczynają silniej odzywać się pierwiastki militarne, a w obliczu słusznie alarmujących problemów na pokładzie Nemesis – formuła mrocznego dreszczowca science fiction. I wreszcie mamy wielką odkrywczą przygodę w niebezpiecznym wydaniu, która przy okazji zahaczy o motyw ekspansji człowieka kosztem lokalnej przyrody. A jakby jeszcze było mało, w dalszej części książki pojawiają się elementy przywodzące na myśl space operę.
Jak wcześniej zaznaczyłam, absolutnie nie musiałam narzekać na nudę przy tejże lekturze, zwłaszcza w obliczu zróżnicowanych klimatów w jej obrębie. Bo chociaż zaserwowane przez Vladimira Wolffa pomysły generalnie nie zaliczają się do oryginalnych, autor przyrządził z nich całościowo smaczne danie z kręgu fantastyczno-naukowej rozrywki. Poza tym, doceniam fakt, że rodzimy literat oparł się, póki co, pokusie nadmiernego rozwlekania kreślonej przez siebie historii.
A czy coś nie zagrało? Otóż dopiero na późnym etapie fabuły pojawiło się zbyt dużo rewelacji i kombinowania, więc w kolejnym tomie życzyłabym sobie pewnego ich ograniczenia. Przydałoby się także ciut dopieścić sylwetki drugoplanowych bohaterów, bo pozostałe postacie, tworzące zresztą liczne grono, funkcjonują bardziej jako tło dla Alana. I nie zmieniła moich odczuć w tej kwestii końcówka utworu, w której to trzecioosobowa narracja przyjmuje perspektywę kilku innych osób z książkowej obsady.
Mimo powyższych zastrzeżeń, „Nim wstanie dzień” zasługuje, pod względem całokształtu, na pozytywną notę. Bo to w ogólnym rozrachunku solidna i nieobowiązująca rozrywka literacka dla sympatyków kosmicznej gałęzi fantastyki. Może nie jest idealna, ale potrafić trzymać odbiorcę w napięciu. Przyznać muszę, że przez zdecydowaną większość czasu ciężko było mi oderwać się od lektury. Stąd późniejszy spadek fabularnej formy nie zniechęcił mnie do kontynuowania przygody z cyklem Vladimira Wolffa, tym bardziej że finał urywa się w intrygującym momencie.
-----------------------------------------------------
Tytuł: Nim wstanie dzień
Seria: Kronika podboju, tom 1
Autor: Vladimir Wolff
Wydawca Warbook
Liczba stron: ok. 336



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
System komentarzy, tak jak cały blog, funkcjonuje na platformie Blogger, gdzie stosowane są zasady polityki prywatności Google.