Choć w filmie
„Jak ukraść Księżyc” pierwsze skrzypce grał ambitny kryminalista Gru, wyścig o
serca widzów wygrały jego urocze sługusy Minionki. Oczywiście nic nie ujmuję
głównym bohaterom owej bajki i nie wątpię, że oni także zdobyli wielu
sympatyków. Sama zresztą polubiłam łysego przestępcę oraz trzy urocze
dziewczynki, za sprawą których Gru musiał niespodziewanie zmierzyć się z
ojcostwem. Prawdziwy szał wywołały jednak żółte stworzonka, porozumiewające się
specyficznym i zarazem zabawnym językiem. Dlatego w drugiej części serii
zwiększono im czas antenowy, a w następnej kolejności nakręcono „Minionki”.
Tytuł tejże animacji trafnie wskazuje, kto tam jest najważniejszy.
Wprawdzie
omawiana dziś produkcja powstała jako trzecia, pod względem fabularnej
chronologii mamy tu do czynienia z prequelem poprzednich, pełnometrażowych
odsłon cyklu. Obraz już poprzez czołówkę pokazuje, że żółte maleństwa od
początków swego istnienia ciągnęły ku służbie u czarnych charakterów. W tle
otwierających film napisów leci bowiem dwuwymiarowa animacja, w której to
Minionki, jako pierwotne organizmy wodne, zaczęły garnąć się do większych i
złowrogich istot. Tę poniekąd kronikarską koncepcję twórcy kontynuują też w
pierwszych minutach właściwej akcji, kiedy pałeczkę przejmuje komputerowa
animacja 3D. Wesoła gromadka wyewoluowała i zeszła na ląd jeszcze w czasach
prehistorycznych, nie porzucając rzecz jasna swoich towarzyskich zwyczajów.
Stąd nie zabraknie ich pobliżu tyranozaura, a potem m.in. w starożytnym Egipcie
czy na zamku Draculi. Jak łatwo zgadnąć, nie uświadczymy wtedy nudnego
historycznego wykładu, lecz całą paradę humorystycznych scenek.