Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2020

"Laleczka" (2019) - recenzja

 

„Laleczka” w reżyserii Larsa Klevberga to udane przeniesienie jednej z ikonicznych postaci kina grozy – Chucky’ego – do XXI w. Słowem, do świata, w którym człowiek ochoczo rzuca się na wszechobecne nowinki technologiczne. Za sprawą tytułowej zabawki, film pokazuje nam też przy okazji, jak można przejechać się na takim nadmiernym i niekiedy niefrasobliwym przywiązaniu do elektronicznych gadżetów.

Choć cykl o diabolicznej lalce Chucky, którego to pierwsza odsłona miała premierę pod koniec lat 80. XX w., doczekał się korowodu sequeli, obraz z 2019 r. nie jest kolejną kontynuacją, lecz rebootem, opowiadającym znaną wcześniej historię od nowa i po swojemu. Bo o ile pierwowzór raczył nas pomysłem o uwięzionej w zabawkowym ciałku duszy seryjnego zabójcy, tak omawiana tu nowa wersja stawia na zaawansowaną sztuczną inteligencję, w jakiej obudzą się iście mordercze instynkty.

środa, 4 marca 2020

"Escape Room" (2017) - recenzja


Z jednej strony, można by powiedzieć, iż sięganie po film, na temat którego dotarły do nas wcześniej praktycznie same nieprzychylne opinie, jest trochę jak pakowanie się w kłopoty na własne życzenie. Z drugiej, niekoniecznie, bo zawsze istnieje szansa (choćby malutka), że będziemy mieć odmienne zdanie i nie pożałujemy poświęconego czasu. A jak to jest z „Escape Roomem” w reżyserii Willa Wernicka? Horrorem, którego oglądanie niejednokrotnie mi odradzano? Niestety, obraz ten potwierdził pierwszą z powyższych sytuacji. Co prawda oparto go na dość ciekawym pomyśle, ale wykonanie to już zupełnie inna para kaloszy.

Wizyty w escape roomach to popularna obecnie rozrywka, która polega na wydostawaniu się z zamkniętych pomieszczeń, nieprzypadkowo określanych także mianem pokoi zagadek. W środku znajdziemy bowiem różne zadania, a ich metodyczne rozwiązywanie wymaga kreatywności, logicznego myślenia oraz uważnej obserwacji otoczenia. I to właśnie do jednego z tego typu miejsc postanawiają udać się bohaterowie omawianego dziś filmu. Ściślej rzecz ujmując, inicjatorką owego wypadu jest Christen, która załatwia stosowne wejściówki w ramach urodzinowego prezentu dla swojego chłopaka Tylera. Młoda kobieta zaprasza również do zabawy kilkoro bliższych znajomych, z jakimi to para spotkała się wpierw w eleganckiej restauracji, żeby wypić za zdrowie jubilata. A kiedy protagoniści wylądują wreszcie w tytułowym escape roomie, faktycznie stawią tam czoła wyzwaniom. Niemniej przyjdzie im zarazem zagrać dosłownie o swoje życie.

wtorek, 23 kwietnia 2019

"Pogrzebany" - recenzja


„Pogrzebany” to kapitalny w swej prostocie, acz niełatwy do realizacji pomysł. Twórcy tego obrazu bardzo dobrze sobie jednak poradzili, przy czym pogratulować im należy nie tylko talentu i sukcesu, ale też właśnie odwagi za podjęcie się takiego śmiałego projektu. Zrobili przecież film, w którym wciąż patrzymy na jedną, nad wyraz małą lokację, bo… wnętrze trumny. Tak oto udowodnili, że można ową drogą dostarczyć widzom emocjonujących wrażeń.

Tytuł, którego wyreżyserowaniem zajął się Rodrigo Cortés, przybliża nam losy niejakiego Paula Conroya. Amerykańskiego pracownika cywilnego w Iraku, zasiadającego tam za kierownicą ciężarówki. Mężczyznę poznajemy zaś wtedy, kiedy odzyskuje przytomność, otoczony zewsząd ciemnością. I chociaż szybko rozświetla mrok zapalniczką, ujrzenie trumiennych ścian jest marną dla nieszczęśnika pociechą, w zamian jeszcze bardziej potęgując jego przerażenie. Co ciekawe, owe cztery deski skrywają więcej przydatnych rekwizytów, poza wyżej wymienionym źródłem światła. Kluczowa rola przypada tu natomiast telefonowi komórkowemu. Jak się bowiem okazuje, główny bohater został uprowadzony i pogrzebany żywcem dla okupu. Przede wszystkim o tym będzie zatem rozmawiał przez komórkę z porywaczami oraz osobami, do których to zdoła się dodzwonić.

czwartek, 14 marca 2019

"Diabelska plansza Ouija" - recenzja


„Diabelska plansza Ouija” to nie tylko film o złych skutkach nawiązywania kontaktów ze zmarłymi, do czego właśnie służyć ma tytułowy przedmiot. To także próba zbicia dodatkowego kapitału na tabliczkach spod szyldu firmy Hasbro. Stąd mamy więc do czynienia ze swoistym przykładem tzw. produktu na licencji. A na ile udanym? Oj, to już mocno dyskusyjna kwestia…

Punkt wyjściowy dla fabuły stanowi tajemnicza śmierć nastoletniej Debbie Galardi. Wprawdzie jej zgon zostaje oficjalnie uznany za samobójstwo, lecz twórcy obrazu od początku wskazują, że swoje za uszami muszą tutaj mieć nadnaturalne zjawiska. A w jakim dokładnie stopniu? Na własnej skórze przekona się o tym grupka młodzieży, w skład której wchodzą: najlepsza przyjaciółka Debbie – Laine Morris, chłopak nieboszczki o imieniu Pete, luby Laine – Steve, siostra panny Morris – Sarah oraz ich koleżanka Isabelle. Zdziwieni teorią o samobójstwie, bohaterowie postanawiają urządzić seans spirytystyczny z wykorzystaniem tablicy Ouija, by porozmawiać z duchem zmarłej dziewczyny.

wtorek, 19 lutego 2019

"Krwawe walentynki" - recenzja


Górnik z filmu w reżyserii Patricka Lussiera wybrał iście przewrotny sposób na świętowanie walentynek. Bo choć zdaje się pamiętać o okolicznościowych serduszkach, przelewa przy tym dużo cudzej krwi, z impetem wymachując kilofem. A może tylko o zabijanie mu chodzi, zaś dzień zakochanych stanowi po prostu coś w rodzaju dodatkowej inspiracji stylistycznej? Bądź co bądź, fani slasherów nie powinni mieć powodów do narzekań.

Fabuła amerykańskiego obrazu, który, tak na marginesie, jest remakiem kanadyjskiego horroru z 1981 roku, zabiera widzów do niewielkiego, górniczego miasteczka Harmony. Co oczywiste, sugerująca idyllę nazwa nie chroni tej mieściny ani jej ludności przed kłopotami. Wszystko zaczęło się natomiast od tragicznego wypadku, do jakiego to doszło niegdyś w lokalnej kopalni. Wprawdzie pewien górnik – Harry Warden – zdołał przeżyć i bodajże po roku wybudził się ze śpiączki, lecz sęk w tym, że urządził przy okazji masakrę. Niby szaleniec został wówczas zneutralizowany, stając się potem przykrym wspomnieniem. Mija jednak 10 lat – zbliżają się akurat walentynki i zarazem rocznica swawoli pana Wardena. Niestety, nadciąga również wyjątkowo niemiły bonus pod postacią nowych makabrycznych zgonów. Zasadnicze pytanie brzmi więc tak: znowu Harry, czy tym razem naśladowca?

czwartek, 6 grudnia 2018

"Królowa Śniegu 2" - recenzja


„Królowa Śniegu 2” to rosyjska animacja z 2014 roku, którą elegancko skrojono pod potrzeby docelowej grupy widzów. Ładna, sympatyczna, wciągająca, a przy tym niosąca mądre przesłanie. Innymi słowy, dla dzieciaków jak znalazł. Dorośli też zresztą powinni docenić zalety propozycji od studia Wizart Animation, uznając ją za całkiem miły seans.

Tytuł ten w nad wyraz swobodny sposób podchodzi do pewnych elementów, jakie zaczerpnięto z baśni spod pióra Hansa Christiana Andersena. Ściślej rzecz ujmując, dopisuje nowy rozdział do i tak już bardzo luźnej adaptacji słynnego pierwowzoru. Co prawda nie widziałam wcześniej debiutanckiej części, lecz twórcy perspektywicznie pomyśleli o przypadkach podobnych do mojego. Stąd sequel obrazu z 2012 roku pokrótce przypomina najpierw wybrane wydarzenia, jakie to miały miejsce w poprzedniej odsłonie. Wstępne streszczenie, dzięki któremu każdy gładko wkroczy do kontynuacji, nie bez przyczyny oddaje zaś bezpośredni głos trollowi Ormowi. To on bowiem gra zdecydowanie pierwsze skrzypce w scenariuszu „dwójki”.

wtorek, 30 października 2018

"Summer Camp" - recenzja


Wakacje utożsamiane są zazwyczaj z czasem, kiedy człowiek może totalnie wyluzować i oddać się przeróżnym zabawom. Co prawda bohaterowie filmu „Summer Camp” zamierzają akurat latem popracować, lecz przynajmniej część tej grupy nie odmówiłaby sobie okazji do rozrywki. No i przyjdzie im zaszaleć na hiszpańskiej ziemi, bo właśnie tam rozgrywa się akcja horroru w reżyserii Alberto Mariniego. Jednakże oglądane na ekranie harce trudno nazwać wymarzonymi przyjemnościami. Widz też zresztą nie powinien oczekiwać od seansu nadmiernej frajdy, choć skłamałabym twierdząc, że nie zauważyłam żadnego ciekawego pomysłu.

Skrawek Hiszpanii, dokąd zawitamy wraz z protagonistami „Summer Camp”, odbiega od klasycznych, pocztówkowych widoków tego kraju. To zalesiona okolica bliższa przeciętnym wczasom bez luksusów i z pogodą na tyle znośną, by nie zacząć srodze żałować wybrania innego terminu na urlop. Niemniej tego rodzaju otoczenie stanowi całkiem wdzięczną scenerię dla kina grozy, zwłaszcza że podkoloryzowane zostało pod wymogi takiej konwencji. Zasięg telefonów komórkowych mocno zatem szwankuje, niedaleko koczują podejrzani osobnicy, a w starej posesji, do której przyjeżdżają główni bohaterowie, nie wszystko działa jak trzeba.

sobota, 14 lipca 2018

"Chciwość" - recenzja


Korporacyjne molochy są niczym wielokomórkowe struktury, lecz tętniącemu tam życiu bliżej do bezdusznej sieci komputerów niż do swobodnie oddychających i obdarzonych uczuciami organizmów. Gdy więc nad tego typu firmą zbiorą się ciemne chmury, to – owszem – burza mózgów gwarantowana, bo przecież trzeba jakoś poradzić sobie z zaistniałym problemem. Ale, ale… dobro innych ludzi nie figuruje wśród priorytetowych rozwiązań. No, chyba że mówimy o tych z najwyższego szczebla przedsiębiorczej machiny – ci zrobią wszystko, by siebie wybronić.

„Chciwość” („Margin Call”) to film, u którego źródeł powstania leżą fakty, a konkretnie upadek amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers oraz związany z tym ogólnoświatowy kryzys finansowy. Inspirując się autentycznymi wydarzeniami, J.C. Chandor, reżyser i scenarzysta obrazu, zabiera widzów do dużej firmy maklerskiej na Wall Street. Eric Dale (w tej roli Stanley Tucci), jeden z długoletnich pracowników, trafia na ślad pewnych nieprawidłowości, acz nie może kontynuować swoich badań. Tak się składa, że zostaje akurat zwolniony, podobnie jak większość osób z tego samego piętra budynku. Niemniej zdąża przekazać stosowne dane Peterowi Sullivanowi (Zachary Quinto), byłemu już podwładnemu, który zdołał póki co uchować posadę. Młodszy z mężczyzn, skądinąd sumienny człowiek, wnikliwie kontynuuje zaś analizy Erica. A kiedy widzi, iż firmie grozi bankructwo, Peter podaje dalej informację o niebezpieczeństwie, co skutkuje zwołaniem pilnej narady z udziałem kierownictwa.

sobota, 16 czerwca 2018

"Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii" - recenzja


„Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” nie zalicza się do obrazów, które zostały skrojone pod gusta wielbicieli masowej rozrywki. To propozycja głównie dla fanów ambitniejszego repertuaru, a zatem nie należy oczekiwać takich samych wrażeń, jakich dostarczają popularniejsze i bardziej efekciarskie tytuły, reprezentujące gatunek horroru. Poprzestanie na łatce filmu grozy byłoby tu zresztą zbytnim uproszczeniem, gdyż – w tym konkretnym przypadku – mamy też do czynienia z udanym kinem psychologicznym.

Robert Eggers, który jest zarówno reżyserem, jak i scenarzystą „Czarownicy”, zabiera widzów do Ameryki Północnej roku 1630. Swoją filmową opowieść skonstruował w oparciu o podania ludowe, dokumentację sądową i inne materiały źródłowe z tamtego okresu. Twórca wykorzystał powyższą bazę do wymyślenia losów pewnej purytańskiej rodziny, która to zostaje wykluczona z dotychczas zamieszkiwanej osady. Zaistniała sytuacja skłania familię do zapuszczenia się w zupełnie odludną okolicę i założenia farmy tuż obok nieprzyjaźnie wyglądającego lasu. Mimo że Williamowi i Katherine, bo takie imiona noszą małżonkowie, udaje się tam urządzić wraz z kilkorgiem dzieci, wkrótce doświadczają poważnych problemów. Wpierw znika najmłodsza pociecha – niedawno narodzony Samuel, po czym następują kolejne kłopoty oraz dziwne zjawiska, w tym chociażby popsute plony.

piątek, 1 czerwca 2018

"Kubuś i przyjaciele" - recenzja


Któż nie kojarzy słynnego misia o małym rozumku, ale za to z ogromną i nieustanną chrapką na miód? Przyznam, że i dla mnie Kubuś Puchatek stanowi istotną część dziecięcych wspomnień. Wśród lektur, z jakimi miałam styczność w czasach fascynacji lalkami, nie zabrakło zatem książek autorstwa brytyjskiego pisarza A.A. Milne. Sentymentem darzę również interpretacje spod szyldu Disneya, przy czym myślę tutaj o produkcjach reprezentujących tradycyjne podejście do animacji. Ba, nawet dziś potrafię na nie z przyjemnością popatrzeć, a przykładem tego jest pełen wewnętrznego ciepła film „Kubuś i przyjaciele”.

Fabuła obrazu, który powstał na bazie historii spod pióra pana Milne, skupia się niejako wokół podwójnych poszukiwań. Bo – po pierwsze – osioł będzie potrzebował nowego ogona, a – po drugie – w międzyczasie zniknie Krzyś. Zacznijmy od początku, czyli od zguby Kłapouchego. Kubuś i jego towarzysze oczywiście nie zostawiają smutnego druha w kłopocie. Pada więc pomysł z ogłoszeniami dotyczącymi zastępczego ogona, a także zostaje zorganizowany specjalny konkurs. Sytuacja ta posłużyła zaś do zaserwowania widzom coraz bardziej absurdalnych propozycji, które, choć bawią, nie są w stanie zrekompensować osiołkowi doświadczonej straty. Ten humorystyczny kierunek kontynuuje kolejny problem, przed jakim stają bohaterowie. Oto bowiem zostaje wkrótce znaleziona wiadomość, która według Sowy oznacza, że Krzysia uprowadził potwór o imieniu Bendezar. Straszliwa ponoć natura niemilca nie zniechęca jednak zwierzątek do podjęcia misji ratunkowej, acz zdecydowanie więcej w tym komizmu niż godnej komandosów skuteczności.

czwartek, 24 maja 2018

"Koszmar z ulicy Wiązów" (2010) - recenzja


Freddy Krueger to niekwestionowana ikona kina grozy, której popkulturowe narodziny zawdzięczamy słynnemu reżyserowi Wesowi Cravenowi. Postać demonicznego mordercy doczekała się własnej serii filmów pełnometrażowych, a do tego ma na koncie chociażby występ w obrazie „Freddy kontra Jason”, obok innej horrorowej legendy – Jasona Voorheesa z „Piątku, trzynastego”. „Koszmar z ulicy Wiązów” AD 2010 stanowi natomiast swoiste nowe otwarcie marki, tym bardziej że potwora o spalonej twarzy i ze szponiastą rękawicą nie zagrał już tu Robert Englund. I choć nie jest doszczętnie złym filmem, dobrym również go niestety nie nazwę.

Nie żebym zaliczała wszystkie wcześniejsze wcielenia cyklu do najwybitniejszych dzieł X muzy. Nie zamierzam jednak ignorować ich znaczenia dla gatunku horroru, a zwłaszcza jeśli chodzi o pierwszą część z 1984 roku. Niemała w tym zresztą zasługa Roberta Englunda, który stworzył tam swoją życiową rolę. Podstawowy zarzut pod adresem „rimejku” dotyczy zaś poniekąd braku owego aktora w obsadzie. Wprawdzie jego następca – Jackie Earle Haley może pochwalić się zacnym dorobkiem, z nominacją do Oscara na czele, ale fani serii doskonale pamiętają starsze odsłony. Charakteryzacja też nie taka, bo coś trochę bez wyrazu, mimo że dopracowana i w założeniach twórców wierniej oddająca wygląd ofiary pożaru. O ile dawny Freddy posiadał w sobie coś z diabelskiego kuglarza podlanego nutami ironii, tak teraz widziałam po prostu złego, wkurzonego i poparzonego faceta. Niby nosi charakterystyczny strój, czyli pasiasty sweter, kapelusz oraz rękawicę z ostrzami, lecz finalnie nie wytrzymuje porównania z poprzednikiem.

czwartek, 19 kwietnia 2018

"The Houses October Built" - recenzja


Słowa Waltera Jona Williamsa, które otwierają film „The Houses October Built”, trafnie oddają treść tegoż obrazu. Bo choć nie brak tutaj różnorakich person z galerii grozy, to jedynie halloweenowe przebrania. Pod takimi maskami i kostiumami skrywają się wszak zwykli ludzie, tyle że niekoniecznie o przyjaznych zamiarach. A ten człowiek, który usiłuje skrzywdzić innych, stanowi zaś zdecydowanie bardziej realne zagrożenie niżli wampiry, upiory, wilkołaki czy jakiekolwiek istoty powszechnie uważane za fikcyjne.

Na początek podstawowa informacja: tytuł w reżyserii Bobby’ego Roe nie jest produkcją krytykującą obchody Halloween, acz pokazuje ciemniejsze strony tych zwyczajów. Niemniej ryzyko, o jakim podczas seansu mowa, można też śmiało rozciągnąć na szerszy kontekst. Dodać przy tym należy, że temat fascynacji owym świętem posłużył twórcom do zabrania głosu w sprawie pewnych zjawisk społecznych i kulturowych. Oto bowiem paczka przyjaciół wyrusza wozem kempingowym na wycieczkę po amerykańskich parkach grozy oraz domach strachu. Mają zresztą co zwiedzać, bo zostało parę dni do 31 października, więc nietrudno natknąć się na czynne przybytki tego typu. Niestety, wygląda na to, iż bohaterowie wylądowali przy okazji na celowniku tajemniczych prześladowców. A jako że podróż wiedzie ich przez coraz bardziej zapuszczone okolice, odzywa się w tych wojażach popularny motyw niebezpiecznej prowincji.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Tarzan. Król dżungli" - recenzja

W dziedzinie ponownego opowiadania znanych historii można zasadniczo wyodrębnić dwa nurty. Pierwszy to zachowanie jak największej wierności wizji, która została zrodzona przez wyobraźnię autora oryginalnego dzieła. Drugi, z uwagi na swoją specyfikę liczniejszy, obejmuje zaś swobodniejsze interpretacje pierwowzoru. Takie wersje, jakie pozwalają sobie na różnorakie odstępstwa w imię szeroko pojętej kreatywności. I choć „Tarzan. Król dżungli” nie zapomina o swoich korzeniach, to zalicza się właśnie do tego pokaźniejszego grona z wariacjami.

Reinhard Kloos, który jest zarówno reżyserem, jak i współscenarzystą trójwymiarowej animacji, zapożyczył parę podstawowych elementów od literackiego oryginału spod pióra Edgara Rice’a Burroughsa. Mamy zatem tytułowego bohatera, który traci w dzieciństwie rodziców na afrykańskiej ziemi. Nie mogło też obyć się bez dorastania pod okiem małp, kiedy to jedna z samic postanawia przygarnąć i wychowywać biedną sierotę wśród swoich. Oczywiście ludzie potem znów pojawią się na drodze protagonisty, włącznie z młodą kobietą o imieniu Jane. Jednakże film z 2013 roku porzuca późny XIX wiek na rzecz czasów współczesnych, acz bynajmniej nie ogranicza się wyłącznie do takiej modyfikacji.

czwartek, 7 grudnia 2017

"Dwa dni, jedna noc" - recenzja


Choroba potrafi czasem utrudnić człowiekowi funkcjonowanie do tego stopnia, że po prostu trzeba wziąć dłuższy urlop. Gdy jednak mamy już najgorsze za sobą lub tak się nam przynajmniej wydaje, chcemy powrócić do normalności zarówno na gruncie prywatnym, jak i zawodowym. Sęk w tym, iż niekiedy bywa to bardzo problematyczne. Takie właśnie doświadczenia stają się udziałem głównej bohaterki filmu braci Dardenne pt. „Dwa dni, jedna noc”. Kobieta planowała bowiem dalej pracować na dotychczasowym stanowisku, ale napotyka niestety poważne przeszkody.

Kłopoty zdrowotne, jakie dotknęły Sandrę (w tej roli Marion Cotillard), dotyczą przede wszystkim sfery psychicznej. Protagonistka zachorowała na depresję i nadal zmaga się z kryzysem, mimo że otrzymała fachową pomoc medyczną. Dokładniej rzecz ujmując, winę za aktualne podłamanie ponosi dodatkowo podbramkowa sytuacja, w jakiej teraz wylądowała. Zamiast żyć odtąd dawnym rytmem, dowiaduje się, że szefostwo zamierza ją zwolnić. Ba, współpracownikom kobiety kazano wybierać, czy wolą zatrzymać Sandrę, czy zgarnąć premię równą 1000 euro. Wynik łatwy do przewidzenia – zdecydowana większość rzuca się na kasę. Niemniej bohaterka dostaje jeszcze jedną szansę, acz ma przed sobą niełatwe zadanie. W przeciągu weekendu musi przekonać kolegów i koleżanki z pracy, by zmienili zdanie, popierając ją podczas powtórnego głosowania.

niedziela, 29 października 2017

"Przychodzą z ciemności" - recenzja

Nie byłoby zbytniej przesady w stwierdzeniu, iż główni bohaterowie filmu „Przychodzą z ciemności” zamierzali otworzyć nowy rozdział w życiu. Może niekoniecznie lepszy, lecz przynajmniej na zbliżonym do dotychczasowego poziomie. Duchów raczej jednak nie planowali spotykać, ani tym bardziej użerać się z nimi.

Obraz w reżyserii Lluísa Quíleza koncentruje się na losach Sarah i Paula Harriman (granych przez Julię Stiles oraz Scotta Speedmana), a także ich małej córeczki o imieniu Hannah (Pixie Davies). Swoistym nowym początkiem miała być zaś dla protagonistów przeprowadzka do kolumbijskiego miasteczka. Tam bowiem czeka na Sarah kierownicze stanowisko w fabryce papieru, która należy do ojca kobiety, Jordana (Stephen Rea). Familia otrzymuje też sporych rozmiarów dom, co prawda położony na uboczu, ale w nastrojowej okolicy. Niestety, to posesja, gdzie – jak pokazuje filmowy prolog – stało się przed 20 laty coś złego. A skoro w grę wchodzi udział duchów, zjawom nie wadzi duży upływ czasu. Stąd ich uwadze nie ujdzie obecność nowych lokatorów, a co gorsza, szczególnie zainteresują się dziewczynką.

sobota, 15 lipca 2017

"Delfin Plum" - recenzja

„Delfin Plum” w reżyserii Eduarda Schuldta to animowana ekranizacja książki Sergia Bambarena pt. „Delfin. Opowieść o marzycielu”. Literackiego pierwowzoru nie czytałam, więc nie mogę wyrazić własnej opinii na jego temat. Niemniej o ile oryginał cieszy się sławą światowego bestsellera, tak filmowej wersji z pewnością nie grozi załapanie się do klasyki animacji. A słowa te pisze osoba, która, pomimo bycia dorosłą, ani myśli odmawiać sobie oglądania co jakiś czas produkcji dla młodszych widzów. Oczywiście poza pozycjami stricte dla maluchów, bo na bajeczki typu „Teletubisie” również dzieciaki robią się dość szybko za stare.

Tytułowy Plum wiedzie spokojną, acz nudną egzystencję w lagunie wraz z pozostałymi delfinami. Niestety, główny bohater czuje się niczym outsider i faktycznie odstaje od pobratymców, a to dlatego, że ma głowę pełną marzeń. Reszta stada żyje natomiast pod dyktando ustalonych reguł, które – choć pomagają unikać zagrożeń – sprawiają, że pływająca społeczność koncentruje się jedynie na zdobywaniu pożywienia, zamiast snuć jakiekolwiek rozważania o przygodach czy innych śmiałych przedsięwzięciach. Pomijając okazjonalne, drobne szaleństwa, Plum może i nadal motałby się w takiej stagnacji, gdyby nie spotkanie z wielką płaszczką. Ta pełni bowiem funkcję kluczowego czynnika, który popycha sympatycznego młodzieńca do działania na zasadzie „raz kozie śmierć”. Kiedy zatem płaszczka zasugeruje bycie sobą i pójście za głosem serca, delfinek opuści bezpieczną przystań, by wyruszyć ku nieznanemu.

czwartek, 1 czerwca 2017

"Dzwoneczek" - recenzja

Dzwoneczek najwyraźniej pozazdrościł komiksowym superbohaterom historii typu origin. Mała urocza wróżka tupnęła więc pewnego pięknego dnia nóżką przed włodarzami Disneya, wołając filmowej opowieści o własnych początkach. Ci zaś posłuchali i przykładnie wywiązali się z powierzonego im zadania.

Popularność Dzwoneczka wykracza daleko poza twórczość J. M. Barriego, któremu magiczna istotka zawdzięcza wszak swoje istnienie, podobnie jak jej przyjaciel Piotruś Pan, wraz z całą Nibylandią. Główna w tym zasługa wytwórni Walta Disneya. Amerykański koncern nie poprzestał bowiem na zrobieniu animowanych przygód chłopca, który nie chciał dorosnąć. W efekcie fruwająca panienka funkcjonuje dziś też na zasadach samodzielnej marki, zyskując dzięki temu jeszcze większe rzesze fanów, a właściwie małoletnich wielbicielek. Ba, otrzymała nawet stosunkowo rozbudowane uniwersum „Disney Wróżki”, które stanowi świetny pretekst do wypuszczania mnóstwa tematycznych gadżetów dla dzieciaków (kolorowanki, książeczki edukacyjne, przybory do pisania itd.). Oczywiście nie mogło zabraknąć także filmów – w tym wypadku mowa o serii komputerowych animacji, którą otwiera produkcja z roku 2008, zatytułowana po prostu „Dzwoneczek”.

środa, 29 marca 2017

"Turniej" - recenzja

„Turniej” w reżyserii Scotta Manna to trochę takie „Igrzyska śmierci” dla dużych chłopców. Kule świszczą, krew się leje, a wszystko po to, by najlepszy killer zgarnął kupę szmalu. Przegranym nie pozostaje zaś nic innego jak tylko wąchać kwiatki od spodu.

Sama idea współzawodnictwa, gdzie klucz do sukcesu tkwi w rozlewie krwi, istnieje zresztą od dawna. Jej korzenie wykraczają przecież daleko poza czasy kina – wystarczy wspomnieć starożytne starcia gladiatorów. Swoją drogą, porównanie do wojowników, którzy tłukli się na rzymskich arenach, pada nawet w kontekście jednego z głównych bohaterów tego brytyjsko-amerykańskiego filmu akcji. No dobra, ale jak wyglądają te konkretne zmagania? Otóż tytułowy turniej odbywa się co siedem lat w losowo wybranym mieście, stawiając naprzeciw siebie zawodowych zabójców z różnych zakątków świata. Uczestnicy mogą namierzać swoje położenie dzięki specjalnym nadajnikom, które przy okazji pomagają też śledzić ich poczynania organizatorom całej zabawy, wraz z kamerami monitorującymi daną miejscowość.

niedziela, 25 grudnia 2016

"Pierwszy śnieg" - recenzja


Pozytywne wrażenia, jakie pozostawiła po sobie animacja „Second Star to the Left” („Druga gwiazdka na lewo” aka „Zagubiony prezent Św. Mikołaja”), sprawiły, że postanowiłam sięgnąć po inną krótkometrażówkę w reżyserii Grahama Ralpha. Dokładniej rzecz ujmując, mowa o „Pierwszym śniegu”, tytule nieco starszym od wcześniej wymienionej produkcji. Nie było sensu zwlekać, tym bardziej że DVD z filmem już od dłuższego czasu czekało na swoją kolej w domowej kupce wstydu. I wiecie co? Tak jak podejrzewałam, seans okazał się satysfakcjonującym doświadczeniem. Nie myślałam jednak, że aż tak bardzo!

W przeciwieństwie do przygód zwierzaków, które wyruszyły z misją zwrócenia gwiazdkowego podarku, „Pierwszy śnieg” nie jest stricte świąteczną opowieścią. Co ciekawe, jednocześnie dobrze wpisuje się w nurt bożonarodzeniowych propozycji. Część akcji została wszak osadzona zimą, przy czym należy dodatkowo podkreślić, że właśnie ta pora roku odgrywa kluczową rolę w kontekście całej historii. I choć nie uświadczymy tutaj Mikołaja ani przystrojonych choinek, znajdziemy za to coś nie mniej istotnego, bo pochwałę przyjaźni oraz troski o najbliższych. Mamy zatem do czynienia z tematyką, która jest aktualna zarówno w tym szczególnym okresie, jak i bez względu na okoliczności.

piątek, 23 grudnia 2016

„Zagubiony prezent Świętego Mikołaja” („Druga gwiazdka na lewo”) - recenzja

Okres bożonarodzeniowy nie tylko sprzyja śpiewaniu kolęd, ale i oglądaniu okolicznościowych filmów, które jak ulał nadają się na taką okazję, krzewiąc świątecznego ducha wśród widzów. Jedną z tego rodzaju produkcji jest właśnie krótkometrażowa animacja w reżyserii Grahama Ralpha, polskim odbiorcom znana pod tytułami „Zagubiony prezent Świętego Mikołaja” i „Druga gwiazdka na lewo”.

Fabuła tej sympatycznej historii koncentruje się na trójce zgranych, acz na pierwszy rzut oka zupełnie różnych przyjaciół. Każde z nich jest zwierzęciem, lecz należą do innych gatunków. Wesołą kompanię tworzą bowiem królik Archie, świnka morska o imieniu Duke oraz chomiczka Babs. Długouchy bohater to ciekawy świata jegomość, który odczuwa nieodpartą potrzebę wielkich przygód. Z kolei Duke reprezentuje zgoła odmienne podejście, będąc stuprocentowym domatorem. Okrąglutki łasuch woli okupywać klatkę, stojącą w szopie, gdzie mieszka razem z Archiem. No i oczywiście jeść – dokładnie tyle wystarczy mu do szczęścia. A co z Babs? Pogodną chomiczkę umiejscowiłabym mniej więcej pośrodku, jeśli chodzi o życiowe postawy protagonistów. Babs na co dzień przebywa w domu właścicieli, często biegając sobie wewnątrz specjalnego kołowrotka dla gryzoni. Niemniej potrafi wymknąć się na dwór, kiedy najdzie ją taka ochota.