Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 grudnia 2018

"Królowa Śniegu 2" - recenzja


„Królowa Śniegu 2” to rosyjska animacja z 2014 roku, którą elegancko skrojono pod potrzeby docelowej grupy widzów. Ładna, sympatyczna, wciągająca, a przy tym niosąca mądre przesłanie. Innymi słowy, dla dzieciaków jak znalazł. Dorośli też zresztą powinni docenić zalety propozycji od studia Wizart Animation, uznając ją za całkiem miły seans.

Tytuł ten w nad wyraz swobodny sposób podchodzi do pewnych elementów, jakie zaczerpnięto z baśni spod pióra Hansa Christiana Andersena. Ściślej rzecz ujmując, dopisuje nowy rozdział do i tak już bardzo luźnej adaptacji słynnego pierwowzoru. Co prawda nie widziałam wcześniej debiutanckiej części, lecz twórcy perspektywicznie pomyśleli o przypadkach podobnych do mojego. Stąd sequel obrazu z 2012 roku pokrótce przypomina najpierw wybrane wydarzenia, jakie to miały miejsce w poprzedniej odsłonie. Wstępne streszczenie, dzięki któremu każdy gładko wkroczy do kontynuacji, nie bez przyczyny oddaje zaś bezpośredni głos trollowi Ormowi. To on bowiem gra zdecydowanie pierwsze skrzypce w scenariuszu „dwójki”.

piątek, 1 czerwca 2018

"Kubuś i przyjaciele" - recenzja


Któż nie kojarzy słynnego misia o małym rozumku, ale za to z ogromną i nieustanną chrapką na miód? Przyznam, że i dla mnie Kubuś Puchatek stanowi istotną część dziecięcych wspomnień. Wśród lektur, z jakimi miałam styczność w czasach fascynacji lalkami, nie zabrakło zatem książek autorstwa brytyjskiego pisarza A.A. Milne. Sentymentem darzę również interpretacje spod szyldu Disneya, przy czym myślę tutaj o produkcjach reprezentujących tradycyjne podejście do animacji. Ba, nawet dziś potrafię na nie z przyjemnością popatrzeć, a przykładem tego jest pełen wewnętrznego ciepła film „Kubuś i przyjaciele”.

Fabuła obrazu, który powstał na bazie historii spod pióra pana Milne, skupia się niejako wokół podwójnych poszukiwań. Bo – po pierwsze – osioł będzie potrzebował nowego ogona, a – po drugie – w międzyczasie zniknie Krzyś. Zacznijmy od początku, czyli od zguby Kłapouchego. Kubuś i jego towarzysze oczywiście nie zostawiają smutnego druha w kłopocie. Pada więc pomysł z ogłoszeniami dotyczącymi zastępczego ogona, a także zostaje zorganizowany specjalny konkurs. Sytuacja ta posłużyła zaś do zaserwowania widzom coraz bardziej absurdalnych propozycji, które, choć bawią, nie są w stanie zrekompensować osiołkowi doświadczonej straty. Ten humorystyczny kierunek kontynuuje kolejny problem, przed jakim stają bohaterowie. Oto bowiem zostaje wkrótce znaleziona wiadomość, która według Sowy oznacza, że Krzysia uprowadził potwór o imieniu Bendezar. Straszliwa ponoć natura niemilca nie zniechęca jednak zwierzątek do podjęcia misji ratunkowej, acz zdecydowanie więcej w tym komizmu niż godnej komandosów skuteczności.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Tarzan. Król dżungli" - recenzja

W dziedzinie ponownego opowiadania znanych historii można zasadniczo wyodrębnić dwa nurty. Pierwszy to zachowanie jak największej wierności wizji, która została zrodzona przez wyobraźnię autora oryginalnego dzieła. Drugi, z uwagi na swoją specyfikę liczniejszy, obejmuje zaś swobodniejsze interpretacje pierwowzoru. Takie wersje, jakie pozwalają sobie na różnorakie odstępstwa w imię szeroko pojętej kreatywności. I choć „Tarzan. Król dżungli” nie zapomina o swoich korzeniach, to zalicza się właśnie do tego pokaźniejszego grona z wariacjami.

Reinhard Kloos, który jest zarówno reżyserem, jak i współscenarzystą trójwymiarowej animacji, zapożyczył parę podstawowych elementów od literackiego oryginału spod pióra Edgara Rice’a Burroughsa. Mamy zatem tytułowego bohatera, który traci w dzieciństwie rodziców na afrykańskiej ziemi. Nie mogło też obyć się bez dorastania pod okiem małp, kiedy to jedna z samic postanawia przygarnąć i wychowywać biedną sierotę wśród swoich. Oczywiście ludzie potem znów pojawią się na drodze protagonisty, włącznie z młodą kobietą o imieniu Jane. Jednakże film z 2013 roku porzuca późny XIX wiek na rzecz czasów współczesnych, acz bynajmniej nie ogranicza się wyłącznie do takiej modyfikacji.

sobota, 15 lipca 2017

"Delfin Plum" - recenzja

„Delfin Plum” w reżyserii Eduarda Schuldta to animowana ekranizacja książki Sergia Bambarena pt. „Delfin. Opowieść o marzycielu”. Literackiego pierwowzoru nie czytałam, więc nie mogę wyrazić własnej opinii na jego temat. Niemniej o ile oryginał cieszy się sławą światowego bestsellera, tak filmowej wersji z pewnością nie grozi załapanie się do klasyki animacji. A słowa te pisze osoba, która, pomimo bycia dorosłą, ani myśli odmawiać sobie oglądania co jakiś czas produkcji dla młodszych widzów. Oczywiście poza pozycjami stricte dla maluchów, bo na bajeczki typu „Teletubisie” również dzieciaki robią się dość szybko za stare.

Tytułowy Plum wiedzie spokojną, acz nudną egzystencję w lagunie wraz z pozostałymi delfinami. Niestety, główny bohater czuje się niczym outsider i faktycznie odstaje od pobratymców, a to dlatego, że ma głowę pełną marzeń. Reszta stada żyje natomiast pod dyktando ustalonych reguł, które – choć pomagają unikać zagrożeń – sprawiają, że pływająca społeczność koncentruje się jedynie na zdobywaniu pożywienia, zamiast snuć jakiekolwiek rozważania o przygodach czy innych śmiałych przedsięwzięciach. Pomijając okazjonalne, drobne szaleństwa, Plum może i nadal motałby się w takiej stagnacji, gdyby nie spotkanie z wielką płaszczką. Ta pełni bowiem funkcję kluczowego czynnika, który popycha sympatycznego młodzieńca do działania na zasadzie „raz kozie śmierć”. Kiedy zatem płaszczka zasugeruje bycie sobą i pójście za głosem serca, delfinek opuści bezpieczną przystań, by wyruszyć ku nieznanemu.

czwartek, 1 czerwca 2017

"Dzwoneczek" - recenzja

Dzwoneczek najwyraźniej pozazdrościł komiksowym superbohaterom historii typu origin. Mała urocza wróżka tupnęła więc pewnego pięknego dnia nóżką przed włodarzami Disneya, wołając filmowej opowieści o własnych początkach. Ci zaś posłuchali i przykładnie wywiązali się z powierzonego im zadania.

Popularność Dzwoneczka wykracza daleko poza twórczość J. M. Barriego, któremu magiczna istotka zawdzięcza wszak swoje istnienie, podobnie jak jej przyjaciel Piotruś Pan, wraz z całą Nibylandią. Główna w tym zasługa wytwórni Walta Disneya. Amerykański koncern nie poprzestał bowiem na zrobieniu animowanych przygód chłopca, który nie chciał dorosnąć. W efekcie fruwająca panienka funkcjonuje dziś też na zasadach samodzielnej marki, zyskując dzięki temu jeszcze większe rzesze fanów, a właściwie małoletnich wielbicielek. Ba, otrzymała nawet stosunkowo rozbudowane uniwersum „Disney Wróżki”, które stanowi świetny pretekst do wypuszczania mnóstwa tematycznych gadżetów dla dzieciaków (kolorowanki, książeczki edukacyjne, przybory do pisania itd.). Oczywiście nie mogło zabraknąć także filmów – w tym wypadku mowa o serii komputerowych animacji, którą otwiera produkcja z roku 2008, zatytułowana po prostu „Dzwoneczek”.

niedziela, 25 grudnia 2016

"Pierwszy śnieg" - recenzja


Pozytywne wrażenia, jakie pozostawiła po sobie animacja „Second Star to the Left” („Druga gwiazdka na lewo” aka „Zagubiony prezent Św. Mikołaja”), sprawiły, że postanowiłam sięgnąć po inną krótkometrażówkę w reżyserii Grahama Ralpha. Dokładniej rzecz ujmując, mowa o „Pierwszym śniegu”, tytule nieco starszym od wcześniej wymienionej produkcji. Nie było sensu zwlekać, tym bardziej że DVD z filmem już od dłuższego czasu czekało na swoją kolej w domowej kupce wstydu. I wiecie co? Tak jak podejrzewałam, seans okazał się satysfakcjonującym doświadczeniem. Nie myślałam jednak, że aż tak bardzo!

W przeciwieństwie do przygód zwierzaków, które wyruszyły z misją zwrócenia gwiazdkowego podarku, „Pierwszy śnieg” nie jest stricte świąteczną opowieścią. Co ciekawe, jednocześnie dobrze wpisuje się w nurt bożonarodzeniowych propozycji. Część akcji została wszak osadzona zimą, przy czym należy dodatkowo podkreślić, że właśnie ta pora roku odgrywa kluczową rolę w kontekście całej historii. I choć nie uświadczymy tutaj Mikołaja ani przystrojonych choinek, znajdziemy za to coś nie mniej istotnego, bo pochwałę przyjaźni oraz troski o najbliższych. Mamy zatem do czynienia z tematyką, która jest aktualna zarówno w tym szczególnym okresie, jak i bez względu na okoliczności.

piątek, 23 grudnia 2016

„Zagubiony prezent Świętego Mikołaja” („Druga gwiazdka na lewo”) - recenzja

Okres bożonarodzeniowy nie tylko sprzyja śpiewaniu kolęd, ale i oglądaniu okolicznościowych filmów, które jak ulał nadają się na taką okazję, krzewiąc świątecznego ducha wśród widzów. Jedną z tego rodzaju produkcji jest właśnie krótkometrażowa animacja w reżyserii Grahama Ralpha, polskim odbiorcom znana pod tytułami „Zagubiony prezent Świętego Mikołaja” i „Druga gwiazdka na lewo”.

Fabuła tej sympatycznej historii koncentruje się na trójce zgranych, acz na pierwszy rzut oka zupełnie różnych przyjaciół. Każde z nich jest zwierzęciem, lecz należą do innych gatunków. Wesołą kompanię tworzą bowiem królik Archie, świnka morska o imieniu Duke oraz chomiczka Babs. Długouchy bohater to ciekawy świata jegomość, który odczuwa nieodpartą potrzebę wielkich przygód. Z kolei Duke reprezentuje zgoła odmienne podejście, będąc stuprocentowym domatorem. Okrąglutki łasuch woli okupywać klatkę, stojącą w szopie, gdzie mieszka razem z Archiem. No i oczywiście jeść – dokładnie tyle wystarczy mu do szczęścia. A co z Babs? Pogodną chomiczkę umiejscowiłabym mniej więcej pośrodku, jeśli chodzi o życiowe postawy protagonistów. Babs na co dzień przebywa w domu właścicieli, często biegając sobie wewnątrz specjalnego kołowrotka dla gryzoni. Niemniej potrafi wymknąć się na dwór, kiedy najdzie ją taka ochota.

wtorek, 6 grudnia 2016

"Kraina Lodu" - recenzja


Kreatywne podejście do klasycznej historii to chwalebny, aczkolwiek ryzykowny krok. Na szczęście Disney wyszedł obronną ręką z takiego eksperymentu, serwując wspaniałą wariację na temat „Królowej Śniegu” Hansa Christiana Andersena. Twórcy obrazu przedstawili zupełnie nową historię, a co najważniejsze, powstałej na bazie słynnego pierwowzoru opowieści nie brakuje baśniowego klimatu. Wyprodukowana przez amerykańską wytwórnię „Kraina Lodu” zasłużenie podbiła więc zarówno serca widzów, jak i krytyków.

W scenariuszu produkcji nie ma ani Gerdy, ani Kaja. Co prawda znalazło się miejsce dla Królowej Śniegu, lecz jest to zgoła odmienna postać od tej, jaką znamy z dzieła Andersena. Mianowicie fabuła produkcji przenosi nas do królestwa Arendelle, gdzie żyją sobie dwie księżniczki. Obie śliczne jak z obrazka, choć od jednej bije nieco chłodem – w przenośni i dosłownie. Elsa, starsza z sióstr, trzyma się wyraźnie na dystans, a to za sprawą mocy tworzenia śniegu i lodu, którą dysponuje od urodzenia. Rzecz jasna zachowaniem dziewczyny nie kieruje poczucie wyższości z racji posiadania magicznego talentu. Ona po prostu usiłuje ukryć swoje nadnaturalne zdolności, a ponadto boi się stracić nad nimi panowanie, przez co mogłaby kogoś nieumyślnie skrzywdzić.

środa, 1 czerwca 2016

"Minionki" - recenzja

Choć w filmie „Jak ukraść Księżyc” pierwsze skrzypce grał ambitny kryminalista Gru, wyścig o serca widzów wygrały jego urocze sługusy Minionki. Oczywiście nic nie ujmuję głównym bohaterom owej bajki i nie wątpię, że oni także zdobyli wielu sympatyków. Sama zresztą polubiłam łysego przestępcę oraz trzy urocze dziewczynki, za sprawą których Gru musiał niespodziewanie zmierzyć się z ojcostwem. Prawdziwy szał wywołały jednak żółte stworzonka, porozumiewające się specyficznym i zarazem zabawnym językiem. Dlatego w drugiej części serii zwiększono im czas antenowy, a w następnej kolejności nakręcono „Minionki”. Tytuł tejże animacji trafnie wskazuje, kto tam jest najważniejszy.

Wprawdzie omawiana dziś produkcja powstała jako trzecia, pod względem fabularnej chronologii mamy tu do czynienia z prequelem poprzednich, pełnometrażowych odsłon cyklu. Obraz już poprzez czołówkę pokazuje, że żółte maleństwa od początków swego istnienia ciągnęły ku służbie u czarnych charakterów. W tle otwierających film napisów leci bowiem dwuwymiarowa animacja, w której to Minionki, jako pierwotne organizmy wodne, zaczęły garnąć się do większych i złowrogich istot. Tę poniekąd kronikarską koncepcję twórcy kontynuują też w pierwszych minutach właściwej akcji, kiedy pałeczkę przejmuje komputerowa animacja 3D. Wesoła gromadka wyewoluowała i zeszła na ląd jeszcze w czasach prehistorycznych, nie porzucając rzecz jasna swoich towarzyskich zwyczajów. Stąd nie zabraknie ich pobliżu tyranozaura, a potem m.in. w starożytnym Egipcie czy na zamku Draculi. Jak łatwo zgadnąć, nie uświadczymy wtedy nudnego historycznego wykładu, lecz całą paradę humorystycznych scenek.

sobota, 28 maja 2016

"Czerwony Kapturek - prawdziwa historia" - recenzja


Podobnie jak niejednej klasycznej historii, baśni o Czerwonym Kapturku nie brak mrocznego tonu, choć większość ludzi styka się z nią już we wczesnym dzieciństwie. No bo przecież wilk pałaszuje babcię, a i wnusia stanowi nie lada kąsek… Prawda, że straszne rzeczy tam się dzieją? Kłopoty nie omijają też bohaterów wersji, którą przedstawia nam komputerowa animacja z 2005 roku. Jak jednak łatwo zgadnąć, „Czerwony Kapturek – prawdziwa historia” to zupełnie inne spojrzenie na znaną wszystkim opowieść. Kryminał spotyka się tu bowiem z komedią i na tym zresztą nie koniec.

W produkcji, którą wyreżyserował Cory Edwards, wespół z Tonym Leechem oraz Toddem Edwardsem, wyraźnie czuć próbę ugryzienia Shrekowskiego tortu. Wzorem przygód zielonego ogra, film śmiało poczyna sobie ze światem baśni, bawiąc się przyjętymi w nich schematami, a także doprawiając swoją wizję solidną porcją popkulturowych odniesień. Już sam początek zwiastuje odejście od klasycznych standardów, tym bardziej że w pierwszych minutach obrazu Czerwony Kapturek właśnie kończy drogę przez las i przekracza próg babcinej chaty. Owszem, w łóżku leży przebrany wilk, lecz wcale nie zjadł biednej staruszki. Ta natomiast ma się całkiem dobrze, pomijając fakt, iż została związana i zamknięta w szafie.

wtorek, 24 maja 2016

"Barbie: Rockowa księżniczka" - recenzja


Niejednokrotnie mogliśmy przekonać się, że zamiana miejsc to solidna podstawa do opowiedzenia co najmniej niezłej historii. Podejmująca taką tematykę „Barbie: Rockowa księżniczka” nie zalicza się na szczęście do smutnych wyjątków od reguły. Wprawdzie produkcja ta skierowana jest do małych dziewczynek, ale nie brak jej wdzięku i uroku.

Najsłynniejsza lalka świata Barbie wciela się tutaj w księżniczkę o imieniu Courtney – dziewczę nie tylko śliczne, lecz również bardzo uprzejme, swoją grzecznością przywodzące nieco na myśl Misia Paddingtona. Naszą protagonistkę poznajemy w dniu, kiedy życie najwyraźniej postanawia zrobić młodej damie zabawnego psikusa. Oto bowiem losy blondynki zostają skrzyżowane z drugą główną bohaterką – ciemnowłosą piosenkarką Eriką. Tej pannie także nie można odmówić urody jak z obrazka, aczkolwiek w uniwersum Barbie to akurat żadne zaskoczenie. W każdym razie, na tym zdają się kończyć widoczne podobieństwa, bo choć Erika posiada sympatyczną osobowość, zarazem ma zupełnie inny image. Naturalny kolor włosów połączyła z niebieskimi pasmami, jest bardziej bezpośrednia i oczywiście nie zna się na dworskiej etykiecie, zamiast tego ochoczo kładąc nogi na stół.

środa, 17 lutego 2016

"M poszukuje K" - recenzja [MyFrenchFilmFestival 2016]

Ze zrozumiałych powodów nikt nie lubi blokady twórczej. Tego paskudnego uczucia, gdy człowiek chce lub musi coś napisać bądź namalować, a tkwi bezsilnie przed otwartym edytorem tekstu, pustą kartką itp., zamiast strzelać dobrymi pomysłami jak z rękawa. Takie kryzysy mogą dopaść nawet najbardziej utalentowanych twórców. Co wtedy zrobić? Ano przeczekać albo spróbować temu zaradzić.

Główny bohater francuskiej animacji „M poszukuje K” („H recherche F”) wybiera drugą z powyższych opcji, widząc w tym jedyne remedium na rozwiązanie swoich artystycznych kłopotów. Wena zaczęła mu zresztą szwankować, jeszcze zanim dotarł do owego martwego punktu, kiedy sztaluga świeci pustką. Oto bowiem malował sobie kolejne obrazki, by koniec końców zorientować się, iż seria ostatnich dzieł nie grzeszy nadmiarem kreatywności. Podłamany swą niemocą dochodzi jednak do wniosku, że potrzebuje kobiecej muzy. Dlatego też nogi niosą go do biura matrymonialnego, dokąd udaje się z nadzieją na znalezienie stosownej kandydatki.

sobota, 13 lutego 2016

"Niedzielny obiad" - recenzja [MyFrenchFilmFestival 2016]

W ramach internetowego MyFrenchFilmFestival, o którym ogólnie pisałam w ubiegłym miesiącu, można oglądać zarówno filmy aktorskie, jak i animowane, aczkolwiek te drugie występują tutaj w znacznie mniejszej liczbie. Jedną z takich animacji jest „Niedzielny obiad” („Le repas dominical”), a za jej scenariusz oraz reżyserię odpowiada Céline Devaux, absolwentka paryskiej École nationale supérieure des art décoratifs (ENSAD). Nie myślcie jednak, iż owa twórczyni podarowała widzom słodką bajeczkę dla najmłodszych. Mamy bowiem do czynienia z rysunkową formą dla dojrzałych odbiorców i do takich widzów skierowana jest także treść tej krótkometrażowej produkcji.

Zgodnie z tytułem obrazu, akcja została osadzona podczas niedzielnego posiłku u pewnej francuskiej rodziny, do której należy główny bohater całej historii – młodzieniec o imieniu Jean. Domowe spotkanie odbywa się pod dachem jego rodziców, a wśród zaproszonych gości są dwie samotne ciotki oraz babcia protagonisty. Znudzony siedzeniem przy stole Jean obserwuje poszczególnych członków swej familii, lecz bynajmniej nie sprawia mu to przyjemności. Wręcz przeciwnie, chłopaka męczy nie tylko konieczność tkwienia przed talerzem, ale i słuchanie paplaniny bliskich. Z jednej strony, na samopoczucie bohatera częściowo wpływa kac, tak na marginesie skrywany przed matką i ojcem. Z drugiej, młodzian po prostu nie lubi tego typu zjazdów. Wiadomo – skoro rodzinka zbiera się w liczniejszym gronie przy stole, raczej nie siedzi cichutko, przeżuwając kolejne kęsy strawy tudzież płucząc gardło wysokoprocentowym kielichem. Trzeba jeszcze poplotkować, pogadać o pierdołach, trochę ponarzekać, a także poudzielać tzw. dobrych rad.

niedziela, 20 grudnia 2015

"Renifer Niko ratuje święta" - recenzja

Święta Bożego Narodzenia to nie tylko pora na strojenie choinek, wręczanie prezentów, śpiewanie kolęd czy zajadanie się wigilijnymi specjałami. Wiadomo, że nie wykorzystujemy owych dni wyłącznie do celebrowania stosownych zwyczajów. Jak w każdy inny czas wolny od szkoły lub pracy, pragniemy przy okazji wypocząć. Do najpopularniejszych form relaksu należy oczywiście oglądanie filmów, aczkolwiek w przypadku Bożego Narodzenia preferujemy pozycje o tematyce świątecznej.  I nie myślę o zadowalaniu się samym Kevinem, co w wielu kręgach urosło do rangi tradycji narodowej. Gwiazdkowy repertuar obejmuje szeroki wachlarz tytułów, a jedną z najciekawszych tego rodzaju produkcji jest animacja „Renifer Niko ratuje święta”.

Obraz ten stanowi owoc współpracy czterech krajów europejskich: Finlandii, Danii, Niemiec oraz Irlandii. Tytułowy Niko żyje wraz z matką i resztą stada w cichej leśnej dolinie. Ojciec głównego bohatera służy w Powietrznej Eskadrze Świętego Mikołaja, w związku z czym znany jest młodemu reniferowi jedynie z opowieści rodzicielki. Brak kontaktu z tatą bynajmniej nie przeszkadza malcowi otaczać go podziwem. Nie dość, że papcio nie pracuje u byle kogo, to jeszcze wszyscy członkowie owego oddziału potrafią latać. Umiejętność wzbicia się w przestworza jest największym marzeniem uroczego zwierzaka, który chce w przyszłości pójść w ślady ojczulka i dołączyć do Mikołajowego zaprzęgu. Niestety, silne pragnienie latania nie przekłada się na wymierne efekty, choć maluch ostro ćwiczy.

środa, 28 października 2015

Dragon’s Lair potrzebuje wsparcia, by powrócić jako stuprocentowy film!


W dobie sequeli, prequeli, remake’ów i remasterów nie dziwią powroty różnych marek sprzed lat. Ostatnio postanowili przypomnieć o sobie twórcy serii Dragon’s Lair, prosząc o zastrzyk gotówki za pośrednictwem Kickstartera. Tym razem jednak nie chodzi o nową grę, tylko środki, które ułatwiłyby drogę do realizacji pełnometrażowego filmu animowanego.

Na pewno można być spokojnym o jakość finalnego projektu, jeżeli doszedłby on do skutku. Kampanię crowdfundingową organizują bowiem Don Bluth i Gary Goldman, których uważam za gwarantów sukcesu w przypadku produkcji filmu animowanego. W ich dorobku znajdziemy takie klasyczne, dwuwymiarowe animacje jak m.in. „Dzielna pani Brisby” („The Secret of NIMH”, 1982 r.), „Amerykańska opowieść” („An American Tail”, 1986), „Pradawny ląd” („The Land Before Time”, 1988), „Wszystkie psy idą do nieba” („All Dogs Go to Heaven”, 1989) czy „Anastazja” („Anastasia”, 1997). Do niejednej z powyższych pozycji do dziś mam ogromny sentyment, a co za tym idzie – z otwartymi ramionami przyjmę każdy nowy obraz od D. Blutha oraz G. Goldmana.

niedziela, 11 października 2015

"Skubani" - recenzja

Ile to już razy twórcy filmowi sięgali po dwóch skontrastowanych bohaterów? Ileż powstało animacji ze zwierzętami w rolach głównych? A ile mieliśmy produkcji o podróżach w czasie? Odpowiedź na każde z powyższych pytań brzmi: „dużo”. Ów urodzaj bynajmniej nie oznacza powodów do narzekań, zwłaszcza jeśli owocuje satysfakcjonującą rozrywką. A do takich solidnych tytułów zaliczają się właśnie „Skubani”, gdzie znajdziemy zarówno zwierzaki, jak i niezbyt dopasowany duet wraz z czasoprzestrzennymi wojażami.

U podstaw problemów, jakie skłaniają protagonistów do działania, leży Święto Dziękczynienia. Tak się składa, że nasi bohaterowie są indykami, a ptaki te lądują owego dnia na obiadowym stole. Franek, skromnej postury inteligent, od dawna zdaje sobie sprawę ze świątecznych zwyczajów. Niestety, jego pobratymcy ignorują wszelkie ostrzeżenia, widząc w ludziach dobrodziei, chętnie rozdających smaczne ziarno. Odtrącony przez stado Franek o mały włos staje się kulinarnym przysmakiem, lecz unika marnego losu dzięki ingerencji prezydenckiej córeczki, która zapewnia mu ułaskawienie ze strony przywódcy USA. Dziewczynka zabiera indyka do siebie, gdzie, jako domowy pupil, rozsmakowuje się w wygodzie, jedzeniu pizzy i oglądaniu telewizji.

piątek, 29 maja 2015

"Astro Boy" - recenzja

Młody Astro na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieci, lecz to tylko pozory. W rzeczywistości chłopiec jest cudem zaawansowanej technologii, z odrzutowymi butami oraz bronią laserową w dłoniach. I choć mógłby w mig rozgromić całą armię, nie w głowie mu używanie przemocy. Zamiast siać zniszczenie, woli czynić dobro, kochać i być kochanym...

Trójwymiarowa animacja „Astro Boy” powstała na bazie mangi autorstwa Osamu Tezuki, która doczekała się również wersji w postaci seriali anime oraz gier video. Zanim jednak zaczniemy śledzić losy tytułowego protagonisty, poznajemy innego chłopca - sympatycznego geniusza o imieniu Toby. Młodzieniec mieszka w podniebnym Metro City wraz ze swoim ojcem doktorem Tenmą, wybitnym specjalistą w dziedzinie robotyki. Ich relacje układają się dobrze, aczkolwiek rodziciel więcej czasu spędza w pracy niż w towarzystwie syna. Niestety Toby ginie wkrótce w tragicznych okolicznościach, pogrążając naukowca w żałobie.

wtorek, 21 kwietnia 2015

"Kumba" - recenzja

Powstało wiele historii, których bohaterowie wyróżniali się na tle swoich pobratymców. Świnka Babe wolała zaganiać owce zamiast całymi dniami chrumkać w chlewiku, renifer Niko marzył o lataniu w przestworzach, zaś słonik Dumbo posiadał ponadprzeciętnej długości uszy. Zebra Kumba ma najwięcej wspólnego z ostatnim z wymienionych zwierzaków, gdyż odmienność owego malca tkwi w jego wyglądzie zewnętrznym. Jednakże w przeciwieństwie do słynnego słonia nie został zbyt hojnie obdarzony przez naturę, lecz właśnie czegoś mu poskąpiono.

Nawet małe dziecko wie, że charakterystyczną cechę zebr stanowią pasy. Tymczasem tytułowy protagonista filmu animowanego „Kumba” wygląda nieco inaczej od pozostałych członków swojego stada. Owszem, posiada pasiaste umaszczenie, ale tylko na przedniej połowie ciała. Tył, włącznie z „policzkami”, świeci natomiast bielą. Ów fakt nie uchodzi uwadze innych zebr, które często pozwalają sobie na niewybredne żarty wobec głównego bohatera. Oryginalna aparycja Kumby zostaje ponadto powiązana z przedłużającym się brakiem opadów. W końcu jak coś się dzieje złego, to najwygodniej zrzucić winę za miejscowego odmieńca i przyczepić mu łatkę zwiastuna nieszczęścia. Negatywne nastawienie dość licznego grona zebr wraz z innymi problemami powoduje, że młody samiec postanawia opuścić stado. Do tego kroku bohatera skłania również legenda o magicznym źródle, dzięki któremu pierwsi reprezentanci jego gatunku zyskali pasy. Kumba ma nadzieję, że kąpiel w owym źródle uczyni go mniej „wybrakowanym”.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

"Wyspa dinozaura 2" - recenzja



Pierwsza część „Wyspy dinozaura” nie była wybitną animacją i wyraźnie odstawała od najlepszych bajek, lecz w ogólnym rozrachunku spisywała się nie najgorzej w kategorii przyzwoitej rozrywki dla małych dzieciaków. Niestety, kontynuacji nie udało się utrzymać niezbyt wygórowanego progu, jaki ustanowiła jej poprzedniczka. To do bólu przeciętna produkcja, a na dodatek, w pewnym momencie kwestionuje samą siebie w roli obrazu przyjaznego najmłodszych widzom.

Druga odsłona niemieckiego cyklu, który bazuje na powieści dla dzieci autorstwa Maxa Kruse, ponownie zabiera odbiorców na tropikalną wysepkę Tikiwu, położoną gdzieś wśród wód Pacyfiku. Znajduje się tam szkółka gadających zwierzaków, którą prowadzi profesor Horacjusz Tibberton. W „jedynce” wesołą gawiedź zasilił Dino, natomiast w „dwójce” do owego grona dołącza panda o imieniu Babu. I to właśnie jej przybycie będzie nie w smak tytułowemu dinozaurowi, który przywykł do przebywania w centrum zainteresowania pozostałych mieszkańców wyspy. Chociaż rozkoszna Babu bardzo lubi głównego bohatera, ten uważa pandę za przysłowiowy wrzód na tyłku.

Rozgoryczony Dino strzela zatem focha i postanawia opuścić przyjaciół, do czego zresztą skłania go nie tylko zachwyt bliskich nad tzw. nowym nabytkiem.  Pretekst, który pomaga mu podjąć ostateczną decyzję o wyprowadzce, nie każe na siebie długo czekać. Ta na pozór idealna okazja nadciąga wraz z biznesmenem Barnabą, właścicielem wielkiego parku rozrywki. Jako że arabscy inwestorzy żądają obecności dinozaura w wesołym miasteczku, mężczyzna proponuje naszemu protagoniście zatrudnienie. Układ wygląda na korzystny dla obu stron – Barnaba rozkręci biznes tak, by hajs się zgadzał, zaś Dino będzie mógł przez cały czas błyszczeć. Maluch z radością przyjmuje ową ofertę, ale rzeczywistość brutalnie weryfikuje jego oczekiwania.