Nieważne jak się
zaczyna, ważne jak się kończy – takie oto słowa można by częściowo odnieść do
moich wrażeń po przeczytaniu „Paryskiej nieznajomej”. Bo o ile wpierw
odczuwałam głównie znużenie, tak po zakończeniu lektury, nie powiem, bym
zupełnie zmarnowała czas. Owszem, daleka jestem od zachwytów, ale po kolei.
Brytyjska
pisarka Santa Montefiore zabiera czytelników na wizytę u rodu Framptonów, który
przeżywa akurat trudne chwile i musi pogodzić się ze śmiercią zarządzającego
majątkiem George’a. Mężczyzna nie był młodzieniaszkiem, lecz miał jeszcze wiele
lat przed sobą, gdyby nie lawina. Zafascynowany jazdą na nartach, zginął robiąc
to, co kochał. Niemniej tragiczny w skutkach wypadek nie oznacza, że postać
George’a szybko zniknie z kart powieści. Jego niespodziewane odejście pełni
funkcję motoru napędowego, który doprowadza do takiego a nie innego rozwoju
wydarzeń. Mianowicie uroczystość pogrzebowa zostaje zakłócona przybyciem kogoś,
kogo nieboszczyk znał, podczas gdy dla reszty rodziny istnienie tej osoby
okazuje się ogromnym zaskoczeniem.