Bycie uwięzionym w pętli czasowej potrafi, delikatnie mówiąc, skomplikować życie. Niemniej księżniczka Rishe, główna bohaterka mangi „Do siedmiu razy sztuka!”, nauczyła się funkcjonować w takich warunkach i nie chodzi z tego powodu zapłakana. Co nie znaczy, że zamierza wiecznie tak egzystować. Oj, nie!
Manga, za której polskie wydanie odpowiada Studio JG i której pierwszy tom ostatnio przeczytałam, powstała na podstawie japońskiej powieści Touko Amekawy, a za jej zilustrowaniem stoi Hinoki Kino. To historia młodej arystokratki, ciągle ginącej w wieku 20 lat, by cofnąć się do momentu, gdy pewien wysoko urodzony panicz zrywa z nią zaręczyny. Akcja debiutanckiej części serii startuje zaś wraz z rozpoczęciem siódmej pętli, jakiej doświadcza Rishe. Czytelnik szybko zostaje więc rzucony w świat przedstawiony, którego reguły gry, że tak to ujmę, protagonistka od dłuższego czasu doskonale zna.
To już 7. raz, a co przed nim?
Zabieg z ukazaniem Rishe jako osoby świetnie zorientowanej w swojej sytuacji okazał się udanym posunięciem. Stanowi on ciekawy kontrast dla tych opowieści na bazie podobnego motywu, które poświęcają wpierw sporo uwagi procesowi początkowego odnajdywania się postaci w obliczu nadnaturalnych zawirowań czasowych. Równocześnie zaznaczyć muszę, iż wcześniejsze pętle nie zostają całkowicie pominięte. Po prostu są one przytaczane w formie króciutkich scenek, gdy księżniczka wraca do nich myślami. Co prawda na pierwszych stronach serwują też odbiorcom swoistą prezentację bohaterki, lecz przede wszystkim służą do pokazania podejścia dziewczyny do takowych wspomnień i swojego położenia ogółem.
Spoko dziewczyna
Nastawienie Rishe względem tego, co się wokół niej dzieje, nie tylko pomaga arystokratce poradzić sobie na co dzień, lecz także sprawia, że dziewczę wzbudza dużo sympatii. Pomimo tkwienia w czymś pokroju wydłużonego „Dnia świstaka”, bohaterka generalnie dobrze wspomina wydarzenia z minionych pętli, jakie miały miejsce po zerwaniu zaręczyn i opuszczeniu dworu. Wykazuje się przy tym elastycznością i zręcznie dostosowuje do danych okoliczności, próbując sił w rozmaitych profesjach podczas kolejnych cykli (np. jako służąca, uzdrowicielka czy rycerz). To fajna, ogarnięta i empatyczna dziewczyna, która zna swoją wartość. Docenia także barwność zdobytych doświadczeń oraz umie wynieść z nich naukę. Zarówno pod kątem bieżących potrzeb, jak też znalezienia sposobu na to, by 20. urodziny przestały być wreszcie tymi ostatnimi.
Był jeden chłop, znalazł się następny
Rozstanie z dotychczasowym narzeczonym bynajmniej nie zamyka sercowych perypetii w życiu protagonistki. Krótko po starcie pętli nr 7, panna wpada wszak w oko Arnoldowi Heinowi, następcy tronu w cesarstwie Galkhein, który przebywa akurat na dworze jej byłego. Z jednej strony, może się to wydawać dość niekomfortowe, bo facet, w mniej bądź bardziej bezpośredni sposób, dołożył swoją cegiełkę do poprzednich zgonów Rishe, rozpętując wielką wojnę. Z drugiej, bliższa znajomość z Arnoldem jawi się właśnie jako niemała szansa na definitywne przerwanie pętli, skoro u źródła łatwiej wybadać przyczyny wywołania konfliktu zbrojnego i ewentualnie do niego nie dopuścić, a przy okazji uratować siebie.
Podobnie jak inne elementy składowe fabuły, wątki ściśle związane z Arnoldem angażują i kuszą dalszym rozwijaniem skrzydeł nie tylko ze względu na odkrycie przyczyn polityczno-militarnych decyzji arystokraty. A to dlatego, że sylwetka młodego mężczyzny została intrygująco nakreślona. Pan Hein widzi w Rishe idealną kandydatkę na żonę, będąc pod wrażeniem jej spostrzegawczości, ciekawości świata i poczucia własnej wartości. Zdaje się być również zakochany w protagonistce za sprawą jej niecodziennych – jak na kogoś z elit społecznych – reakcji, bo wynikających z doświadczeń nabytych w toku kolejnych cykli. Jednocześnie sam jest zagadkową postacią, przez co Rishe nie potrafi jeszcze rozgryźć kierujących nim motywacji. Typ nierzadko posępny, acz zarazem charyzmatyczny, podobający się kobietom i zdolny wykazać się troską, skłaniając do zadania pytania: „Co dokładnie się zadzieje, że ów bohater rozpocznie działania wojenne na nielichą skalę?”.
Wizualnie też zdecydowanie pozytywnie
Wciągającemu scenariuszowi mangi towarzyszy bardzo ładna szata graficzna. Poszczególne postacie odznaczają się przyjemną dla oka aparycją, a w przypadku Rishe dodatkowy plus stanowią stroje. Nie chodzi mi wyłącznie o piękne suknie godne dam wysokiego rodu, lecz także o stylizacje dziewczyny z poprzednich wcieleń, kiedy to chwytała się rozmaitych zajęć. Ponadto gdy zajdzie potrzeba, ilustratorka potrafi mocniej zaakcentować różne elementy scenerii, mimo że na wizualnym polu prym wiodą postacie. Do tego na osobne wyróżnienie zasługuje pewien taniec Rishe i Arnolda, który na kolejnych kadrach rozrysowano tak, że czuć iskrzące pomiędzy ową dwójką napięcie oraz magnetyzm.
Czekam na więcej
Co ciekawe, na końcu pierwszego tomu serii znajdziemy 4 strony tekstu prozą, napisane z perspektywy Oliviera, przybocznego Arnolda. To, swoją drogą, także interesująca postać, lecz pozbawiony obrazków fragment skupia się najbardziej na tym, że następca cesarskiego tronu potrafi zadziwić nawet kogoś, kto już długo przebywa w jego towarzystwie. W każdym razie, kluczowi bohaterowie, oczywiście włącznie z księżniczką Rishe, powinni uraczyć czytelników jeszcze niejednymi, wartymi uwagi wydarzeniami ze swoim udziałem. Wprawdzie nie znam książkowego pierwowzoru (ani wersji anime, bo taka też istnieje) i dalszy przebieg fabuły jest obecnie dla mnie zagadką, lecz mangowe „Do siedmiu razy sztuka!” to cykl z niezaprzeczalnie dużym potencjałem. Oby kolejne rozdziały tej historii były co najmniej równie dobre!





Coś dla mojej starszej pociechy :) Ona uwielbia mangi :)
OdpowiedzUsuń