Zdawało się Wam kiedyś,
że widzicie przez chwilę coś dziwnego? Ot choćby jakiś przemykający kształt? Sama,
jeszcze za czasów dzieciństwa, zauważyłam raz na przykład coś niedużego i ciemnego
w leśnych krzakach. Być może zobaczyłam wtedy zwykłego ptaka czy inne zwierzę, lecz
lubiłam potem snuć w wyobraźni wersję o istocie rodem z baśni. Osobliwe rzeczy
dostrzega też wokół siebie młody Jim, główny bohater powieści „Trollhunters.
Łowcy trolli”. Chłopak ma szczęście w nieszczęściu, bo, mimo rozważania takiej
opcji, nie stracił zmysłów. Na własnej skórze przekonuje się jednak, że
nadnaturalne stworzenia rzeczywiście istnieją, a co gorsza, niektórymi kierują
bardzo złe zamiary.
„Łowcy
trolli” narodzili się dzięki piórom meksykańskiego filmowca Guillermo del Toro
oraz amerykańskiego autora Daniela Krausa. Jeśli chodzi o drugiego z
wymienionych twórców, jego nazwisko nie jest aż tak znane jak w przypadku
światowej sławy reżysera, scenarzysty i producenta. Omawiany tytuł stanowi dla
polskich czytelników bodajże pierwsze spotkanie z literaturą Krausa, lecz
książki owego pisarza zdobyły pewną popularność i otrzymały parę wyróżnień, a
on sam stanął także za kamerą kilku filmów. Z kolei twórczość Guillermo del
Toro od dawna darzę dużym uznaniem, chętnie oglądając sygnowane przez niego
produkcje. Ba, liczę, że doczekam się wreszcie trzeciej części kinowego
„Hellboya” w interpretacji tego pana. Ponadto do dziś nie mogę odżałować
anulowania gry Sillent Hills, na potrzeby której połączył siły z Hideo Kojimą.
Co istotne, „Łowcy trolli” nie są literackim debiutem del Toro, gdyż wcześniej
napisał wraz Chuckiem Hoganem wampiryczną trylogię „Wirus”, przeniesioną na
telewizyjne ekrany w formie serialu.