Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 czerwca 2018

"Kubuś i przyjaciele" - recenzja


Któż nie kojarzy słynnego misia o małym rozumku, ale za to z ogromną i nieustanną chrapką na miód? Przyznam, że i dla mnie Kubuś Puchatek stanowi istotną część dziecięcych wspomnień. Wśród lektur, z jakimi miałam styczność w czasach fascynacji lalkami, nie zabrakło zatem książek autorstwa brytyjskiego pisarza A.A. Milne. Sentymentem darzę również interpretacje spod szyldu Disneya, przy czym myślę tutaj o produkcjach reprezentujących tradycyjne podejście do animacji. Ba, nawet dziś potrafię na nie z przyjemnością popatrzeć, a przykładem tego jest pełen wewnętrznego ciepła film „Kubuś i przyjaciele”.

Fabuła obrazu, który powstał na bazie historii spod pióra pana Milne, skupia się niejako wokół podwójnych poszukiwań. Bo – po pierwsze – osioł będzie potrzebował nowego ogona, a – po drugie – w międzyczasie zniknie Krzyś. Zacznijmy od początku, czyli od zguby Kłapouchego. Kubuś i jego towarzysze oczywiście nie zostawiają smutnego druha w kłopocie. Pada więc pomysł z ogłoszeniami dotyczącymi zastępczego ogona, a także zostaje zorganizowany specjalny konkurs. Sytuacja ta posłużyła zaś do zaserwowania widzom coraz bardziej absurdalnych propozycji, które, choć bawią, nie są w stanie zrekompensować osiołkowi doświadczonej straty. Ten humorystyczny kierunek kontynuuje kolejny problem, przed jakim stają bohaterowie. Oto bowiem zostaje wkrótce znaleziona wiadomość, która według Sowy oznacza, że Krzysia uprowadził potwór o imieniu Bendezar. Straszliwa ponoć natura niemilca nie zniechęca jednak zwierzątek do podjęcia misji ratunkowej, acz zdecydowanie więcej w tym komizmu niż godnej komandosów skuteczności.

wtorek, 6 grudnia 2016

"Kraina Lodu" - recenzja


Kreatywne podejście do klasycznej historii to chwalebny, aczkolwiek ryzykowny krok. Na szczęście Disney wyszedł obronną ręką z takiego eksperymentu, serwując wspaniałą wariację na temat „Królowej Śniegu” Hansa Christiana Andersena. Twórcy obrazu przedstawili zupełnie nową historię, a co najważniejsze, powstałej na bazie słynnego pierwowzoru opowieści nie brakuje baśniowego klimatu. Wyprodukowana przez amerykańską wytwórnię „Kraina Lodu” zasłużenie podbiła więc zarówno serca widzów, jak i krytyków.

W scenariuszu produkcji nie ma ani Gerdy, ani Kaja. Co prawda znalazło się miejsce dla Królowej Śniegu, lecz jest to zgoła odmienna postać od tej, jaką znamy z dzieła Andersena. Mianowicie fabuła produkcji przenosi nas do królestwa Arendelle, gdzie żyją sobie dwie księżniczki. Obie śliczne jak z obrazka, choć od jednej bije nieco chłodem – w przenośni i dosłownie. Elsa, starsza z sióstr, trzyma się wyraźnie na dystans, a to za sprawą mocy tworzenia śniegu i lodu, którą dysponuje od urodzenia. Rzecz jasna zachowaniem dziewczyny nie kieruje poczucie wyższości z racji posiadania magicznego talentu. Ona po prostu usiłuje ukryć swoje nadnaturalne zdolności, a ponadto boi się stracić nad nimi panowanie, przez co mogłaby kogoś nieumyślnie skrzywdzić.