„Dziewczyna z wymiany” to trochę takie guilty pleasure dla fanów psychologicznych thrillerów. Bo choć do czołówki tu daleko, przyznać muszę, że ciężko było mi oderwać się od lektury. W efekcie chętnie czytałam kolejne rozdziały, mimo że jednocześnie kręciłam nosem na niektóre rozwiązania fabularne, jakie to zaserwowała odbiorcom autorka tej powieści.
Nelle Lamarr zaprasza czytelników pod dach pewnej zamożnej amerykańskiej rodziny, w skład której wchodzi małżeństwo Natalie i Matt Merritt, a także ich dzieci – nastoletnia Paige oraz jej młodszy brat Will. Familia ta sprowadza do siebie tytułową dziewczynę z wymiany. Tanya, bo tak ma ona na imię, przedstawia się jako pochodząca z Wielkiej Brytanii córka dyplomaty. Atrakcyjna 17-latka z miejsca oczarowuje Natalie i Matta, przy czym kobieta dodatkowo jest nią zachwycona przez wyraźne podobieństwa do innej swojej córki – tragicznie zmarłej Anabel. Zdania matki na temat Tanyi zdecydowanie nie podziela natomiast Paige, która od początku jest nieufna względem nowej lokatorki.
Omawiana książka została napisana w pierwszej osobie, a rola narratorek przypadła tutaj Paige i Natalie, nie licząc bodajże dwóch rozdziałów, kiedy na krótko dochodzą do głosu inne postacie. Taki model narracji daje dobry wgląd w perspektywę obu pań, których sylwetki stanowią udany kontrast charakterologiczny oraz światopoglądowy. Paige to sympatyczna nastolatka o artystycznej duszy – ktoś, z kim łatwo sympatyzować. O ile z nieżyjącą już Anabel łączyły ją napięte stosunki, tak z informatycznie uzdolnionym Willem, również dającym się zresztą lubić, tworzy bardzo zgrany zespół. I chociaż złe przeczucia dziewczyny wobec Tanyi podszyte są małą dawką zazdrości, nie biorą się kompletnie z niczego.
Natalie lubi z kolei luksus i społeczne brylowanie, a charakter tej kobiety odziedziczyła niejako w genach Anabel, przez co była, a nawet wciąż jest faworyzowana przez matkę. Pani Merritt niejednokrotnie irytuje własnym zachowaniem, zwłaszcza że zachwyt nad przypominającą nieboszczkę Tanyą odbywa się w pewnym stopniu kosztem pozostałych dzieci. Niemniej dzięki temu autorka zdołała zarazem zarysować swoisty system czerwonych lampek alarmowych, jakie niekiedy pojawiają się przy nawiązywaniu nowych znajomości. Natalie ignoruje owe sygnały, a takie zaślepienie względem obcej wszak dziewczyny słusznie denerwuje, lecz w prawdziwym życiu zdarzają się przecież podobne sytuacje, kiedy ludzie – za przeproszeniem – głupieją na czyimś punkcie, i to wbrew niepokojącym oznakom.
Jak napisałam we wstępie, powieść mocno mnie wciągnęła, wywołując tzw. syndrom jeszcze jednego rozdziału. Lekkie pióro pisarki sprawia, że książkę bardzo szybko się czyta. Nie brak także napięcia, aczkolwiek w owej materii dochodzi, niestety, do zgrzytów. Otóż autorka urozmaiciła dodatkowymi komplikacjami popularny motyw przyjęcia pod swój dach kogoś, kto może wydawać się na pierwszy rzut oka w porządku, lecz z czasem wzbudza coraz więcej wątpliwości i niepokoju. Fabułę ubarwiono głównie sekretami z mniej bądź bardziej odległej przeszłości, które to skrzętnie skrywa przed światem również sama Natalie. Teoretycznie brzmi bardzo dobrze, a w praktyce wyszło trochę za dużo kombinowania. Ba, w finale część rewelacji wystrzeliła niemal niczym seria z karabinu, przez co, zamiast poczuć efekt WOW, skwitowałam to krótkim pytaniem „Serio?!”.
Nell Lamarr pokusiła się też o wątek byłej przyjaciółki Natalie, który nie został satysfakcjonująco poprowadzony. Wpierw jakby upchnięty na siłę, potem jego obecność niby sensownie wyjaśniono, lecz w ogólnym rozrachunku rozczarowujący i pozbawiony, według mnie, kropki nad i. W międzyczasie przyczynił się poniekąd do wystąpienia retrospekcyjnej sceny, która miała nieść szczególnie dramatyczny wydźwięk, a przez chwilę okazała się niezamierzenie komiczna. Z jednej strony, wielka szkoda. Z drugiej, paradoksalnie mogłabym pogratulować autorce, że różne kwiatki nie przeszkodziły jej w podtrzymaniu mojej czytelniczej uwagi do samego końca. Porównałabym więc recenzowaną książkę do takich seansów filmowych, podczas których człowiek narzeka na rozmaite głupotki fabularne, ale i tak tkwi, wielce zaciekawiony, przed ekranem.
Choć „Dziewczyna z wymiany” jest pierwszym thrillerem psychologicznym od Nell Lamarr, nie mamy do czynienia z debiutem autorki na książkowym rynku, gdyż jej portfolio obejmuje też romanse napisane pod pseudonimem Nelle L’Amour. A jak można dowiedzieć się z końcowych słów pisarki skierowanych bezpośrednio do czytelników, literatka nie zamierza zaprzestać swojej przygody z dreszczowcami. Czy zatem sięgnęłabym po kolejne jej pozycje z tego gatunku? Całkiem możliwe, bo pomimo zaobserwowanych niedoskonałości, przypominam, że przeczytałam ową publikację szybko i bez znużenia. Raczej nie rzuciłabym się na inne powieści pani Lamarr w momencie ewentualnej polskiej premiery i za cenę okładkową, lecz nie wykluczam wizyty w bibliotece ani skorzystania z atrakcyjnej promocji.
-------------------------------------------------
Tytuł polski: Dziewczyna z wymiany
Tytuł oryginalny: The Family Guest
Autorka: Nelle Lamarr
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: ok. 384
Nie czytałam jeszcze nic Lamarr...
OdpowiedzUsuń