Kiedy
„Oblężenie” wpadło w moje ręce, ucieszyłam się z niewielkiej objętości książki,
aczkolwiek nie stronię od opasłych tomiszczy. Po prostu potrzebowałam akurat
czegoś do przeczytania na szybko, no i bez obaw, że wsiąknę w lekturę na amen.
Te tytuły, z którymi wiążę szczególne nadzieje, wolałam wtedy odłożyć na
luźniejszy okres. Owszem, krótka powieść nie oznacza z automatu marnej treści.
W przypadku „Oblężenia” nie miałam jednak żadnych oczekiwań. Stwierdziłam
natomiast, iż w razie kiepskiej zawartości odpuszczę sobie narzekania nad
zmarnowanym czasem. I takie podejście wyszło mi na zdrowie, bo choć „dziełko”
Sandry Brown totalnym zakalcem nie jest, do smakowitej delicji daleka tutaj
droga.
Fabuła
powieści skupia się wokół losów niejakiej Tiel McCoy oraz dwójki zakochanych licealistów:
Sabry Denby i Ronalda Davisona (dla znajomych „Ronnie”). Wprawdzie pierwszoplanową
postacią jest wyłącznie panna McCoy, lecz cała trójka stanowi tzw. motor
napędowy utworu, a tym samym wymaga przedstawienia na dzień dobry. Tiel to
reporterka telewizyjna – nałogowa pracoholiczka, która wiecznie węszy za mocnym
materiałem. Nie zamierza też zejść na dalszy plan, czyli dać się wygryźć innej
ambitnej dziennikarce. Z kolei młodzi zwyczajnie pragną żyć razem, co staje
kością w gardle despotycznemu ojcu dziewczyny – multimilionerowi Russelowi
Denby’emu. Wredny tatusiek nie toleruje żadnego chłopaka w pobliżu latorośli, a
zwłaszcza takiego, który pochodzi z mniej zamożnej rodziny i na dokładkę zrobił
córusi dziecko. Kłopoty popychają zatem nastolatków do brawurowej ucieczki, co,
za sprawą wiadomo kogo, zostaje oficjalnie nazwane porwaniem.




