niedziela, 29 listopada 2015

"Księga bez tytułu", Anonim - recenzja


Gdyby Quentin Tarantino i Robert Rodriguez zechcieli napisać razem powieść, wspólne literackie dzieło zapewne nawiązywałoby klimatem do ich filmów. Niewykluczone, że wyszłoby coś w stylu „Księgi bez tytułu”. Pozycja ta utrzymana jest bowiem w duchu twórczości obu reżyserów.


Nie da się ukryć, iż książka z przytupem przykuwa uwagę jeszcze przed samym otwarciem. I to nie tylko za sprawą intrygującej nazwy, lecz również anonimowego autora. Owszem, twórcy nierzadko publikują swoje artystyczne płody pod pseudonimami, ale w tym wypadku mamy szczególnie ciekawą sytuację. Wydanie utworu podpisanego jako „Anonim” podsyca dodatkowe spekulacje odnośnie intencji osoby, ukrywającej swoją tożsamość. Czyżby stała za tym wszystkim wyłącznie chęć zrobienia jak największej reklamy? A może chodzi o nadanie dziełu zagadkowego posmaku, co ma stanowić część tzw. zabiegu artystycznego? Czy też tajemniczy autor jest kimś, kto zdobył popularność w jakiejś innej dziedzinie? W kontekście „Księgi bez tytułu” podobno padały nawet konkretne nazwiska znanych ludzi.

Fabuła powieści została osadzona w czasach współczesnych, na terenie fikcyjnego amerykańskiego miasteczka Santa Mondega. Niemniej pojedyncze fragmenty pozwalają też spędzić czytelnikom krótkie chwile na pewnej wyspie o nazwie Hubal. Co do Santa Mondega, nie jest to miejsce idealne na relaksujące wakacje, gdyż kręci się tam mnóstwo różnego rodzaju szumowin. Typki spod ciemnej gwiazdy szczególnie upodobały sobie lokalny bar Tapioca, który prowadzi niejaki Sanchez. Można powiedzieć, iż ów lokal pełni w pewnym sensie funkcję ogniskowego miejsca akcji. Mianowicie tam właśnie przenoszą odbiorców pierwsze strony utworu, które koncentrują się na kluczowym dla całości wydarzeniu. Co więcej, Tapioca regularnie przypomina o swoim istnieniu, a to dlatego, że w barze niejednokrotnie przewijają się najważniejsi bohaterowie tej zakręconej historii.

Mimo wszystko nie samą knajpą Santa Mondega żyje. To barwna mieścina i nie brak w niej innych, atrakcyjnych fabularnie, lokacji, gdzie dzieją się ciekawe rzeczy, z udziałem nie mniej interesujących postaci. Przedstawione na kartach powieści incydenty przeważnie pociągają za sobą dużo krwi. Ba, czerwień leje się dosłownie strumieniami, trup ściele się gęsto, a przemoc bywa mocno przerysowana. Autor nie stroni ponadto od licznych przekleństw, lecz dużych odsetek wulgaryzmów nie razi w przypadku „Księgi bez tytułu”, o ile oczywiście ktoś nie ma zerowej tolerancji dla bluzgów. Warto jednocześnie dodać, iż pozycja ta powinna sprawić sporo frajdy amatorom popkulturowych cytatów. Odpowiedzialny za książkę Anonim serwuje nam wiele tego typu odniesień, wplatając je do dialogów oraz przemyśleń bohaterów. Owe aluzje obejmują zaś filmowe postaci, konkretne tytuły oraz autentycznych artystów (np. „Gwiezdne Wojny” czy Elvis Presley).

No dobrze, ale o co dokładnie w tej książce biega? O masę rzeczy, ponieważ autor pokusił się o wielowątkową strukturę. Pośród owego urodzaju da się jednak wyróżnić dwa najistotniejsze wątki. Pierwszy z nich dotyczy tajemniczego Bourbon Kida, który swego czasu przyjechał do miasta i narobił krwistego szumu. Od tamtej pory krążą plotki na temat zagadkowego mężczyzny, a pewien śledczy tropi go z chorobliwą wręcz obsesją. Drugi, równie ważny motyw związany jest z kamieniem zwanym Okiem Księżyca, który posiada ponoć wielką i niebezpieczną w nieodpowiednich rękach moc. Nic zatem dziwnego, że klejnot staje się obiektem zainteresowania wielu osób, m.in. kryminalistów, walecznych mnichów z wyspy Hubal czy istot nadprzyrodzonych. Swoją drogą, udział tych ostatnich, w połączeniu z barem, jeszcze bardziej wzmacnia skojarzenia z Robertem Rodriguezem i Quentinem Tarantino, a zwłaszcza z filmem „Od zmierzchu do świtu”.

„Księga bez tytułu” to przyjemny koktajl pastiszu, brutalności, szybkiej i soczystej akcji, ostrego języka, a także nawiązań do świata popkultury. Być może pisanie o miłej lekturze w obliczu niektórych składników wyda się trochę dziwne, lecz takie odczucia towarzyszyły mi przy śledzeniu losów licznego grona bohaterów. Powieść czyta się szybko, a dzięki plastycznemu i filmowemu stylowi bez trudu wyobrazimy sobie Santa Mondega oraz tamtejsze wydarzenia. Wprawdzie przy kilku wątkach wolałabym otrzymać nieco więcej wyjaśnień, ale nie zamierzam narzekać z bardzo prostego powodu. Skoro „Księga…” jest otwarciem serii o Bourbon Kidzie, kolejne odsłony powinny rozszerzyć naszą wiedzę o wykreowanym przez Anonima uniwersum. Niech no więc je tylko dorwę w swoje ręce!


Ocena: 8/10


Tytuł polski: Księga bez tytułu
Tytuł oryginalny: The Book With No Name
Autor: Anonim
Wydawnictwo: Świat Książki

2 komentarze:

  1. Recenzja bardzo mnie zachęciła do lektury, ale... ta powieść nie występuje w formie e-book. A stronię od książek. Przeszukiwałem google i jedyne, na co się natknąłem, to pirackie kopie (pewnie skany). Nie mam zamiaru tego ruszać. Cóż, szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei jestem zwolenniczką tradycyjnych wydań książek, lecz nie wykluczam w przyszłości przerzucenia się na e-booki. Powód? Jak normalnych książek przybywa, to mieszkanie niestety się nie rozrasta :) I to byłby właśnie ten czynnik, który w pierwszej kolejności skłoniłby mnie do tej decyzji.
      Co do samej "Księgi bez tytułu", podejrzewam, że obecnie najprędzej dostanie się ją w bibliotece. No, ale tylko to fizyczne wydanie. Mój egzemplarz kupiłam kilka lat temu, nie zabrałam się za lekturę od razu, potem zapomniałam i dlatego dopiero teraz nadrobiłam zaległości. Zresztą z grami mam podobnie, a nawet jeszcze lepiej - kupka wstydu jest baaardzo duża :(

      Usuń