sobota, 3 września 2016

Never Look Back - zapowiedź

Twórczość Stephena Kinga zakorzeniła we mnie przekonanie, że bohaterowie trudniący się pisarstwem mają tendencję do przyciągania kłopotów, i to rzeczywiście poważnego kalibru. Tę swoistą teorię zdaje się też potwierdzać niezależna przygodówka Never Look Back, która przybliży odbiorcom losy Marka Waltersa, nomen omen literata z zawodu.

Całkiem zresztą możliwe, iż to właśnie amerykański mistrz grozy wywarł pewien wpływ na przydzielenie protagoniście takiej, a nie innej profesji. Niewielkie studio deweloperskie Don’t Panic Arts, które zajmuje się opracowywaniem Never Look Back, wymienia bowiem książki Kinga jako jedno ze swoich źródeł natchnienia. Skąd jeszcze czerpano inspirację? Ano choćby z H.P. Lovecrafta i Brama Stokera, natomiast jeśli chodzi o gry, padają tutaj takie tytuły jak Clock Tower, Resident Evil, Amnesia, rodzime Layers of Fear czy demo P.T. Prawda, że zacne muzy?

Dość już jednak o tym, gdzie producenci szukali weny. Przejdźmy zatem do dania głównego, czyli atrakcji, jakich można spodziewać się po owocu ich prac. Wspomniany na wstępie pisarz od pewnego czasu ma solidne problemy ze spaniem, a to dlatego, że mężczyznę nękają koszmary. Dokładnie rzecz biorąc, biedaczynę nawiedza co noc ten sam bardzo nieprzyjemny sen. Myślicie, że to jedyny kłopot na jego głowie? Niestety, nie ma lekko – na nic zdadzą się rady typu „idź chłopie do lekarza, by ci coś przepisał”. Otóż tak się na dokładkę składa, że pan Walters ląduje z nieznanych sobie powodów w równie obcej posiadłości. Jak to w przypadku dziwnych, starych dworków bywa, posesja skrywa mroczne sekrety, które przyjdzie bohaterowi zbadać, próbując też oczywiście znaleźć drogę ucieczki.

Udostępnione przez deweloperów informacje, wespół z krótkim demem, nie obfitują w zbyt wiele szczegółów na temat fabuły, lecz dobrze oddają istotę narracyjnej warstwy Never Look Back. Produkcja bazować będzie na nastroju enigmatyczności, pozwalając nam stopniowo odkrywać kolejne meandry opowieści o nieszczęsnym Marku, upiornym domostwie oraz jego mieszkańcach. W tym psychodelicznym horrorze prym ma wieść historia, której karty odsłonimy poprzez skrupulatną eksplorację otoczenia. Taki zabieg powinien ułatwić wczucie się w sytuację mężczyzny, słusznie skołowanego za sprawą swojego położenia. Dodatkowy smaczek stanowić będą retrospekcyjne sceny z życia naszego podopiecznego.


Mimo że w trakcie rozgrywki przyjdzie nam podjąć rzutujące na finał wybory, projekt autorstwa Don’t Panic Arts nie zalicza się do tzw. „filmówek” w stylu tytułów od Telltale Games. Odpowiedzialna za Never Look Back ekipa otwarcie przyznaje, że skład deweloperski zasilają wielbiciele klasycznych point and clicków. Stąd decyzja o sięgnięciu po mechanikę tego gatunku, w związku z czym nie zabraknie zbierania i używania przedmiotów, a ponadto rozwiązywania rozmaitych łamigłówek. Warto przy tym nadmienić, iż dokładne oglądanie każdego kąta skutkuje nie tylko poznawaniem fabularnych niuansów, lecz również wskazówek, przydatnych do rozgryzania napotkanych zagadek.

Co ważne, twórcy bynajmniej nie ograniczają się do ścisłego podążania za tradycjami, utrwalonymi przez klasyczne przygodówki. Wprawdzie inne produkcje też lubią chować niektóre obiekty w szufladach itp., ale zanosi się, że perypetie Marka będą częściej wykorzystywać ów patent. Za to na pewno nietypowo, jak na standardy point and click, wygląda sterowanie. Mianowicie obsługa nie odbywa się wyłącznie przy użyciu myszki, ale i klawiatury. Gryzoniowi przypadnie większość kluczowych czynności prócz łażenia w lewo lub prawo, co z kolei zrobimy wciskając odpowiednio klawisze A bądź D. W pierwszej chwili musiałam się do tego przyzwyczaić, gdyż odruchowo chciałam kroczyć przed siebie klikając na wybrane fragmenty planszy. Nie trwało to na szczęście długo ani nie sprawiło mi irytującego dyskomfortu.

Inny pomysł, który odbiega od gatunkowych kanonów, dotyczy tematyki przygodówki. Skoro Never Look Back aspiruje do miana horroru, rzecz jasna trzeba liczyć się z obecnością elementów grozy w obrębie gameplayu. W odróżnieniu od stuprocentowych point and clicków, uniwersum produkcji (a właściwie teren tajemniczej posesji) zamieszkiwać będą nieprzyjaźnie nastawieni osobnicy. Jak więc przetrwać? W tym wypadku nie pomogą rozwiązania siłowe, które posłałyby wredniaków do piachu. Wzorem wirtualnych „straszaków” od Frictional Games, należy uciec i zaszyć się w jakiejś kryjówce. Niebagatelną rolę odegra też światło, zwłaszcza że Mark dostanie do dyspozycji podręczną lampę na świeczki.


Przygody zbolałego pisarza zostaną oprawione w klimatyczną, acz utrzymaną w stylu retro grafikę. Niemniej pixel artowi towarzyszyć będą efekty wizualne, które, jak obiecują autorzy, wzmocnią uczucie immersji. Zapewne chodzi o wszelakie triki z oświetleniem, lecz przy okazji dodam, iż demo rozpoczyna się rozmyciem obrazu, co udanie odzwierciedla stan bohatera, odzyskującego akurat przytomność. Kontynuując kwestie estetyczne, nie wypada mi pominąć dźwiękowej warstwy tytułu. Angielski voice acting pojawi się dopiero w pełnej wersji, lecz już teraz można być raczej spokojnym o wrażenia słuchowe ogółem. Demo z powodzeniem podkreśla klimat sugestywnymi odgłosami otoczenia, a za stosowną do opowieści grozy muzykę zadba kompozytor Kevin MacLeod, którego utwory można usłyszeć m.in. w grach The Stanley Parable, The Bridge czy Kerbal Space Program.

Never Look Back potrzebowało ledwie kilku dni, by pozytywnie przejść program Greenlight na Steamie. Jednakże w momencie publikacji mojego tekstu projekt nadal ubiega się o zastrzyk gotówki na Kickstarterze. Crowdfundingowa kampania zakończy się sukcesem pod warunkiem, że do 15 września bieżącego roku twórcy uzbierają przynajmniej 5 tysięcy dolarów. Obecnie zgromadzono nawet nie połowę owej kwoty, aczkolwiek mam nadzieję, że wszystko ostatecznie pójdzie dobrze i historia Marka Waltersa zawita pod strzechy graczy w przewidzianym pierwszym kwartale przyszłego roku (Windows, Mac, Linux). Wersja demonstracyjna nastroiła mnie pozytywnie – co prawda nie uświadczymy w niej uciekania przed wrogami, lecz bez tego atmosfera była wystarczająco gęsta. Samo pokazanie dziwnej istoty nieźle podziałało na moją wyobraźnię, nie wspominając o pozostałych aspektach audiowizualnych, w tym anonimowych kartkach, które sugerują chorą zabawę w kotka i myszkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz