Twórczość Dana
Browna nie zamyka się na serii o Robercie Langdonie, acz to za sprawą „Kodu
Leonarda da Vinci” wybuchł swego czasu szał na prozę amerykańskiego pisarza.
Ba, autor do dziś cieszy się dużą popularnością, czego dowodzi choćby szykowana
na tegoroczną jesień ekranizacja „Inferna”, czyli czwartej książki o przygodach
harvardzkiego wykładowcy i zarazem speca od symboli. Jednakże Brown ma też w
swoim dorobku inne powieści. Co prawda jest ich mniej i nie zyskały
porównywalnego rozgłosu, lecz zasługują na uwagę fanów literatury rozrywkowej,
ze szczególnym uwzględnieniem zwolenników twórcy „Kodu…”. „Zwodniczy punkt”,
przy którym umilałam sobie ostatnio czas, jest właśnie jednym z takich utworów.
Zaznajomione
z piórem Browna osoby już na samym początku lektury powinny poczuć się jak w
domu. Przedstawioną tutaj historię otwiera bowiem krótki i równocześnie dość
mocny prolog, opisujący czytelnikom kłopoty, w jakich znalazł się pewien
naukowiec. Dramatyczny epizod z powodzeniem buduje klimat dla późniejszej
lawiny wydarzeń, mimo że korzenie całej intrygi sięgają tak na marginesie nieco
głębiej. Ów wstęp nie tylko zapowiada komplikacje typowe dla sensacji oraz
thrillerów, ale i zaszczepia w odbiorcach chęć dowiedzenia się, o co w tym
wszystkim chodzi.
