„Dom żywych trupów” jest nie tylko solidnym przykładem literatury dziecięcej z dreszczykiem. Książka ta może też okazać się wszak niezłą rozrywką dla dorosłych odbiorców, którzy chcieliby przeczytać coś bardzo krótkiego i lekkiego o nadprzyrodzonej tematyce. Ale co szczególnie ważne, ów tytuł zwraca na siebie uwagę z jeszcze innego powodu. To bowiem taka pozycja, jaka oferuje czytelnikom niesztampowe spojrzenie na motyw zombiaków.
Omawiany utwór wchodzi w skład serii „Krąg Ciemności” z lat 90. XX w., na którą złożyło się kilkanaście samodzielnych opowieści grozy dla dzieci. Historia, jaką przedstawiono na kartach „Domu żywych trupów”, pozwala nam prześledzić wydarzenia widziane oczami 13-letniego Josha Millera. Główny bohater i zarazem pierwszoosobowy narrator jest dość świeżo po przeprowadzce z upalnej Florydy w chłodniejsze rejony, do niewielkiego miasteczka na terenie stanu Massachusetts. Chłopiec nie podziela entuzjazmu rodziców w kwestii takowych przenosin, gdyż tęskni chociażby za cieplejszą pogodą, a także za towarzystwem najlepszego przyjaciela. Ponadto niepokoi go stare domostwo, pod którego dachem teraz mieszka. Wkrótce też protagonista przekonuje się, iż faktycznie ma powody do obaw. Bo nie dość, że przydomowe podwórko wyłożone zostało płytami nagrobnymi, to na dokładkę, po posesji plączą się naznaczone rozkładem, acz paradoksalnie żywotne truposze, które każą Joshowi podjąć się pewnego zadania, nie przyjmując przy tym do wiadomości ewentualnej odmowy.

