sobota, 3 grudnia 2016

Łowca Demonów 3: Objawienie (PC) - recenzja

W niewielkim miasteczku Roseburrow dochodzi do dziwnego i szokującego incydentu. Niejaka Olivia Martin zostaje zamordowana, a jej dziesięcioletnia córka Lila przypuszczalnie porwana. Któż mógłby dopuścić się takiego okrucieństwa? Diabli wiedzą. I to dosłownie, gdyż demony zdają się mieć tu bardzo dużo do powiedzenia. Cała afera nosi w sobie liczne znamiona działań sił nieczystych, ale spokojnie – na miejsce zbrodni jedzie bowiem prawdziwy spec!

Owym ekspertem jest zaś Dawn Harlock, główna bohaterka gry Łowca Demonów 3: Objawienie (Demon Hunter 3: Revelation). Obdarzona czerwonymi oczami kobieta to detektyw do zadań iście specjalnych, bo paranormalnych. Dlatego też zaprzyjaźniony z nią policjant – Arthur Brown – prosi o przybycie pod dom nieboszczki w celu fachowej oceny sytuacji. Choć protagonistka na niejednym tego typu śledztwie zjadła zęby, Dawn po cichu liczy, że koniec końców sprawę da się racjonalnie wytłumaczyć. Od ostatniej bitki z pewnym lichem minęło kilka lat i nie obraziłaby się o to, by chwila oddechu trwała jeszcze dłużej. Nie tyle z rozleniwienia, co ze świadomości, że w użeraniu się z czortami nie ma nic fajnego.

wtorek, 29 listopada 2016

Enigmatis 3: Cień Karkhali (PC) - recenzja

Enigmatis, za którego powstaniem stoi polskie studio Artifex Mundi, zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. To właśnie pierwsza odsłona serii sprawiła, że na dobre zaprzyjaźniłam się z produkcjami HOPA, regularnie goszcząc na komputerze różnych przedstawicieli tego gatunku. Ba, „jedynkę” zaliczam do swoich ulubionych gier, podobnie zresztą jak jej następczynię. A co z trzecią i zarazem finałową częścią, o podtytule Cień Karkhali? Czy okazała się godnym zwieńczeniem cyklu? Zdecydowanie tak!

Już poprzednie wcielenia tej marki cechowały się efektownym otwarciem, a „trójka” nie tylko pozostaje wierna owej tradycji, lecz również przebija starsze siostry pod względem dynamiki. Oto bowiem widzimy samolot, na pokładzie którego przebywa duet detektywów – główna bohaterka serii oraz Richard „Rick” Hamilton, czyli inna dobrze znana fanom Enigmatis postać. Lot odbywa się w wyjątkowo kiepskich warunkach, przy czym to nie szalejący śnieg stanowi największy problem. Dokładniej rzecz ujmując, maszyna została bardzo poważnie uszkodzona. Na domiar złego, mało brakuje, by nasza podopieczna stamtąd nie wypadła.

niedziela, 27 listopada 2016

"Istnienie" - recenzja


Pewna rodzinka spędza czas w domu, zajęta swoimi sprawami. Prawie wszyscy członkowie familii wyglądają na w miarę zadowolonych, za wyjątkiem jednej młodej osóbki – nieco naburmuszonej nastolatki. Czyżby ten obrazek pochodził z typowo obyczajowej historii, która skupia się na problemach dojrzewania? A właśnie, że nie. To mylny trop, bo zawierające powyższą scenkę „Istnienie” jest filmem grozy.

Gatunkowa przynależność obrazu nie wzbudza nadmiernego zaskoczenia w obliczu nazwiska reżysera. Vincenzo Natali, gdyż to o nim mowa, zasłynął niegdyś nietuzinkowym „Cube” (1997 r.) o olbrzymim sześcianie pełnym śmiertelnych pułapek. Ten, przez wielu uważany za kultowy, tytuł zalicza się przede wszystkim do filmów science fiction, ale takich w mroczniejszym wydaniu, co pozwala go też zaklasyfikować jako horror. Podobnie przedstawia się kwestia również niebanalnej, acz mniej udanej „Istoty” („Splice”, 2009 r.), traktującej o naukowcach, którzy, niczym Victor Frankenstein, postanowili udawać Boga i doprowadzili do powstania genetycznej hybrydy. „Istnienie” można więc uznać za naturalną kontynuację twórczej drogi Nataliego, lecz nadmienić trzeba, że grozie nie towarzyszy tutaj fantastyka naukowa. W zamian otrzymujemy połączenie historii o duchach i nawiedzonej posesji z motywem, który napędzał słynny „Dzień Świstaka”. Pomysł ciekawy i całkiem oryginalny, ale z realizacją niestety gorzej.

czwartek, 24 listopada 2016

Co tam słychać w przygodówkowym świecie? #29


Ostatnie dni były dla mnie dość ciężkie pod względami zdrowotnymi. Najpierw znowu przeziębienie, które wprawdzie szybko odegnałam, lecz potem musiałam biegać do gabinetu stomatologicznego. Wkradła się w międzyczasie nieprzespana noc, chodzę niczym zombie, acz teraz mam się już nieco lepiej. No i jak widać, zawodnik ze mnie wystarczająco twardy, by pamiętać o nowym odcinku przeglądu wieści na temat gier przygodowych.


Clockwork Tales: Of Glass and Ink wkracza na PS4
Dopiero co pisałam, że Enigmatis 2 rusza na podbój Xboxa One, a już kolejna gra od Artifex Mundi szykuje się do konsolowego wejścia. Tym razem mowa jednak o PlayStation 4, którego posiadacze dostaną wkrótce szansę na to, by odpalić na swoim sprzęcie Clockwork Tales: Of Glass and Ink. Produkcja jest drugim – po Nightmares from the Deep: The Cursed Heart – tytułem, jaki rodzime studio wypuszcza na platformę firmy Sony. Prócz obsługi przy użyciu gamepada Dualshock, Clockwork Tales zaoferuje odbiorcom możliwość zdalnej gry na przenośnej konsolce PS Vita, a także wsparcie dla PlayStation 4 Pro, co pozwoli bawić się w rozdzielczości 4K. Premiera nastąpi 29 listopada.

wtorek, 22 listopada 2016

Enigmatis 2: The Mists of Ravenwood (Xbox One) - zapowiedź

Trylogia Enigmatis to jedna z flagowych serii od polskiego studia Artifex Mundi, specjalizującego się w casualowych produkcjach HOPA, które łączą w sobie cechy klasycznych przygodówek z elementami hidden object. Posiadaczom Xbox One jak dotąd dane było jednak zapoznać się wyłącznie z pierwszą odsłoną cyklu, ale już wkrótce sytuacja ta ulegnie zmianie. Otóż praktycznie lada moment, bo 25 listopada, na konsole Microsoftu zawita Enigmatis 2: The Mists of Ravenwood.

Akcja kontynuacji rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach, jakie miały miejsce w poprzedniczce o podtytule The Ghosts of Mapple Creek. Główną bohaterką ponownie uczyniono panią detektyw, którą kierowaliśmy w pierwszej części. Nasza podopieczna nadal nie zamknęła śledztwa w sprawie diabolicznego pastora ani tym bardziej nie zdołała dorwać podstępnego mężczyzny. Niemniej przez cały czas gorliwie pracuje nad definitywnym zakończeniem dochodzenia, a ostatnie wskazówki skłaniają kobietę do wyprawy na zachodnie wybrzeże USA. W trakcie podróży decyduje się zaś na postój w lesie, gdyż zauważa tam porzucony samochód kempingowy. Oczywiście nie kieruje nią chęć zgarnięcia cudzego wozu, lecz poczucie obowiązku oraz chęć pomocy. Kamper jest bowiem w nienajlepszym, delikatnie mówiąc, stanie, a na domiar złego, wszystko wskazuje na to, iż pasażerów spotkało coś bardzo nieprzyjemnego.

poniedziałek, 21 listopada 2016

"Oblężenie", Sandra Brown - recenzja

Kiedy „Oblężenie” wpadło w moje ręce, ucieszyłam się z niewielkiej objętości książki, aczkolwiek nie stronię od opasłych tomiszczy. Po prostu potrzebowałam akurat czegoś do przeczytania na szybko, no i bez obaw, że wsiąknę w lekturę na amen. Te tytuły, z którymi wiążę szczególne nadzieje, wolałam wtedy odłożyć na luźniejszy okres. Owszem, krótka powieść nie oznacza z automatu marnej treści. W przypadku „Oblężenia” nie miałam jednak żadnych oczekiwań. Stwierdziłam natomiast, iż w razie kiepskiej zawartości odpuszczę sobie narzekania nad zmarnowanym czasem. I takie podejście wyszło mi na zdrowie, bo choć „dziełko” Sandry Brown totalnym zakalcem nie jest, do smakowitej delicji daleka tutaj droga.

Fabuła powieści skupia się wokół losów niejakiej Tiel McCoy oraz dwójki zakochanych licealistów: Sabry Denby i Ronalda Davisona (dla znajomych „Ronnie”). Wprawdzie pierwszoplanową postacią jest wyłącznie panna McCoy, lecz cała trójka stanowi tzw. motor napędowy utworu, a tym samym wymaga przedstawienia na dzień dobry. Tiel to reporterka telewizyjna – nałogowa pracoholiczka, która wiecznie węszy za mocnym materiałem. Nie zamierza też zejść na dalszy plan, czyli dać się wygryźć innej ambitnej dziennikarce. Z kolei młodzi zwyczajnie pragną żyć razem, co staje kością w gardle despotycznemu ojcu dziewczyny – multimilionerowi Russelowi Denby’emu. Wredny tatusiek nie toleruje żadnego chłopaka w pobliżu latorośli, a zwłaszcza takiego, który pochodzi z mniej zamożnej rodziny i na dokładkę zrobił córusi dziecko. Kłopoty popychają zatem nastolatków do brawurowej ucieczki, co, za sprawą wiadomo kogo, zostaje oficjalnie nazwane porwaniem.

piątek, 18 listopada 2016

Zapomniane Księgi: Skradzione Królestwo (PC) - recenzja

Bycie żakiem to ciężki kawałek chleba – długaśne wykłady, kolokwia, egzaminy i inne tego typu sprawy. Bohaterka gry Zapomniane Księgi: Skradzione Królestwo ma akurat najgorszy studencki okres za sobą, albowiem opuściła już uczelniane mury. Czekają ją co najwyżej finalne szlify, by ostatecznie wdrożyć się do obranego zawodu alchemika. I owszem, okazji do sprawdzenia umiejętności nie zabraknie, lecz młoda adeptka na pewno nie spodziewała się, że praktyki obejmą – bagatela – przywracanie ładu w rodzinnym mieście.

Zapomniane Księgi: Skradzione Królestwo (Lost Grimoires: Stolen Kingdom) to casualowa produkcja, którą opracowało polskie studio World-Loom. Za wydanie gry odpowiada natomiast rodzima firma Artifex Mundi, mająca w swym portfolio również tytuły własnego autorstwa (np. serie Enigmatis czy Grim Legends). Jak zaznaczyłam we wstępie, fabuła recenzowanej przeze mnie pozycji koncentruje się na losach dziewczyny, która postanowiła zostać alchemiczką. Przedstawiona tu historia startuje w momencie, gdy protagonistka wyfruwa po pięciu latach nauki z akademii i wraca do domu, znajdującego się w samym sercu pewnego królestwa. Chociaż została osierocona w dzieciństwie, nie musi zaprzątać sobie głowy tym, że nikt nie wyjdzie jej powitać. Wszak przyjazdu kobiety wypatruje wuj, który od lat zastępuje pannie najbliższych krewnych.