wtorek, 26 kwietnia 2016

"Zwodniczy punkt", Dan Brown - recenzja

Twórczość Dana Browna nie zamyka się na serii o Robercie Langdonie, acz to za sprawą „Kodu Leonarda da Vinci” wybuchł swego czasu szał na prozę amerykańskiego pisarza. Ba, autor do dziś cieszy się dużą popularnością, czego dowodzi choćby szykowana na tegoroczną jesień ekranizacja „Inferna”, czyli czwartej książki o przygodach harvardzkiego wykładowcy i zarazem speca od symboli. Jednakże Brown ma też w swoim dorobku inne powieści. Co prawda jest ich mniej i nie zyskały porównywalnego rozgłosu, lecz zasługują na uwagę fanów literatury rozrywkowej, ze szczególnym uwzględnieniem zwolenników twórcy „Kodu…”. „Zwodniczy punkt”, przy którym umilałam sobie ostatnio czas, jest właśnie jednym z takich utworów.

Zaznajomione z piórem Browna osoby już na samym początku lektury powinny poczuć się jak w domu. Przedstawioną tutaj historię otwiera bowiem krótki i równocześnie dość mocny prolog, opisujący czytelnikom kłopoty, w jakich znalazł się pewien naukowiec. Dramatyczny epizod z powodzeniem buduje klimat dla późniejszej lawiny wydarzeń, mimo że korzenie całej intrygi sięgają tak na marginesie nieco głębiej. Ów wstęp nie tylko zapowiada komplikacje typowe dla sensacji oraz thrillerów, ale i zaszczepia w odbiorcach chęć dowiedzenia się, o co w tym wszystkim chodzi.

Jako że wypadałoby rzucić trochę więcej światła na zaistniałą aferę, spieszę z dalszymi wyjaśnieniami. Fabuła „Zwodniczego punktu” kręci się wokół przypuszczalnie epokowego odkrycia, którego dokonuje na Arktyce NASA. Rzecz faktycznie nie byle jaka, bo owym znaleziskiem jest meteoryt, zawierający ponoć ślady pozaziemskiego życia. Potwierdzenie jego autentyczności może zaś okazać się kluczowym elementem w trwającej akurat walce o fotel prezydenta USA. Gra toczy się o wysoką stawkę, gdyż od wyników wyborów zależą losy agencji, odpowiedzialnej za badanie kosmosu. O ile Zachary Herney, obecny prezydent, jest przychylny kosztownej działalności NASA, tak jego kontrkandydat – ambitny senator Sedgewick Sexton – ma zgoła odmienne zdanie. Sondaże wskazują przewagę tego drugiego, który obiecuje m.in. obcięcie budżetu agencji na rzecz lepszego rozwoju szkolnictwa. Meteoryt wydaje się więc jedyną szansą na odwrócenie owej tendencji, a tym samym reelekcję Herneya oraz ratunek dla NASA. Wszak dowód tego kalibru może udowodnić, że rząd nie marnotrawi pieniędzy. Ale nie musi, skoro wzbudza pewne wątpliwości…

Brown zafundował odbiorcom trzymającą w napięciu historię, gdzie nie zabrakło obowiązkowych zwrotów akcji. Sensacyjną intrygę wzbogacają wątki polityczne, które posłużyły do ukazania zakulisowych rozgrywek oraz odmiennych postaw wobec takich działań. A wszystko to zostało opowiedziane typowym dla autora treściwym i lekkim językiem, pomagającym w pozytywnym odbiorze całości. Podobnie jak w innych swoich powieściach, amerykański literat stosuje podział na krótkie rozdziały, co dodatkowo sprzyja szybkiemu czytaniu. Ponadto udanie skacze pomiędzy miejscami, gdzie przebywają poszczególni bohaterowie. Taki zabieg pozwala spojrzeć na aferę z różnych perspektyw, oczywiście bez odkrywania nazbyt wielu kart. Należy jednocześnie zaznaczyć, iż pisarz tradycyjnie wtrąca rozmaite i dopasowane do fabuły ciekawostki – w tym wypadku głównie z dziedziny nauki, technologii czy o Białym Domu. Wprawdzie bardziej podobały mi się podobne dygresje w „Kodzie Leonarda da Vinci”, ale bynajmniej nie jest źle.

Mimo że autor nie wnika głęboko w psychologię bohaterów, postarał się o wyraziste nakreślenie sylwetek postaci. Dostajemy zatem wystarczające informacje, by wyrobić sobie o nich sensowne zdanie, a także odróżniać jedno od drugiego. Osobą, która ląduje w centrum wydarzeń i poniekąd zastępuje tu Roberta Langdona, jest córka senatora Sextona – Rachel. Ta inteligentna kobieta pracuje dla amerykańskiego wywiadu, a na Arktykę zostaje wysłana w sprawie przygotowania raportu na temat meteorytu. Co ważne, nie wrodziła się w ojca, słusznie uważając go za dobrego aktora i obłudnego manipulanta. Jak zresztą zasygnalizowałam wcześniej, lista postaci, które zapadają w pamięć, nie kończy się na senatorze ani tym bardziej na Rachel. Na wyróżnienie zasługuje dla przykładu druga, obok panny Sexton, główna postać. Mianowicie myślę o Michaelu Tollandzie, oceanografie, który pomaga kobiecie uporać się z kolejnymi elementami niebezpiecznej układanki. Mężczyzna wchodzi w skład specjalnego zespołu naukowców, powołanego do zbadania tajemniczej skały. Swoją drogą, nietrudno zgadnąć, że pewne wnioski, do jakich dojdą, nie wszystkim przypadną do gustu i ściągną na protagonistów nieliche kłopoty.

Dan Brown trzyma się ustalonej formuły, co ma swoje plusy i minusy. Przyznam, że ja sama kręciłam już trochę nosem nad wtórnością, odczuwalną w trzeciej („Zaginiony symbol”) i czwartej części przygód Roberta Langdona („Inferno”). Nie doskwierało mi to jednak w „Zwodniczym punkcie”, który powstał pomiędzy „Aniołami i demonami” a „Kodem Leonarda da Vinci”. Co najistotniejsze, intryga odbiega pod kątem konkretów od flagowej serii autora, stawiającej na tajne stowarzyszenia oraz pogoń za symbolami. I choć spośród książek Browna nadal najbardziej lubię pierwsze dwie odsłony cyklu o Langdonie, nie zaprzeczam, że „Zwodniczy punkt” to solidna, wciągająca rozrywka.


Ocena: 7,5/10


Tytuł polski: Zwodniczy punkt
Tytuł oryginalny: Deception Point
Autor: Dan Brown
Wydawnictwo: Sonia Draga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz