sobota, 28 maja 2016

"Czerwony Kapturek - prawdziwa historia" - recenzja


Podobnie jak niejednej klasycznej historii, baśni o Czerwonym Kapturku nie brak mrocznego tonu, choć większość ludzi styka się z nią już we wczesnym dzieciństwie. No bo przecież wilk pałaszuje babcię, a i wnusia stanowi nie lada kąsek… Prawda, że straszne rzeczy tam się dzieją? Kłopoty nie omijają też bohaterów wersji, którą przedstawia nam komputerowa animacja z 2005 roku. Jak jednak łatwo zgadnąć, „Czerwony Kapturek – prawdziwa historia” to zupełnie inne spojrzenie na znaną wszystkim opowieść. Kryminał spotyka się tu bowiem z komedią i na tym zresztą nie koniec.

W produkcji, którą wyreżyserował Cory Edwards, wespół z Tonym Leechem oraz Toddem Edwardsem, wyraźnie czuć próbę ugryzienia Shrekowskiego tortu. Wzorem przygód zielonego ogra, film śmiało poczyna sobie ze światem baśni, bawiąc się przyjętymi w nich schematami, a także doprawiając swoją wizję solidną porcją popkulturowych odniesień. Już sam początek zwiastuje odejście od klasycznych standardów, tym bardziej że w pierwszych minutach obrazu Czerwony Kapturek właśnie kończy drogę przez las i przekracza próg babcinej chaty. Owszem, w łóżku leży przebrany wilk, lecz wcale nie zjadł biednej staruszki. Ta natomiast ma się całkiem dobrze, pomijając fakt, iż została związana i zamknięta w szafie.

Chwilę później fabuła totalnie porzuca utartą ścieżkę, mimo że na scenie zjawia się nawet drwal. Leśna chata zostaje wkrótce otoczona kordonem wozów policyjnych, a po okolicy kręcą się ponadto liczni przedstawiciele prasy. Bohaterowie tradycyjnej historii, czyli ekipa w składzie babcia, wnuczka, wilk i drwal, siedzą zaś w czterech ścianach skuci kajdankami. Co ciekawe, dom ustanowiono miejscem zbrodni nie tylko z powodu napaści, której kudłacz miałby dopuścić się względem starszej pani. Twórcy wprowadzają tutaj wątek innego przestępstwa, a to dlatego, że funkcjonariusze dostrzegają powiązania pomiędzy wydarzeniami z chatki i sprawą niejakiego Smakosza. Dowiadujemy się, iż ów nikczemnik odpowiada za kryzys na lokalnym rynku cukierniczym, wykradając ze sklepów przepisy na słodycze. Ba, wszystkie postacie żyją kulinarnym problemem. Zdaniem policji Smakosz to przypuszczalnie jeden z uczestników babcinej afery, a ci z kolei twierdzą, że im samym łotr zalazł za skórę.

Zatrzymana grupa podejrzanych dostanie szansę do solidnego wygadania się, gdyż znaczna część obrazu bazuje na wykorzystaniu retrospekcji. Narracyjna struktura produkcji została ubarwiona formułą przesłuchań, którym poddawani są kolejno: dziewczynka, wilk, drwal oraz staruszka. I choć takie zeznania przybierają formę oddzielnych historyjek, nie ucierpiała na tym fabularna spójność. Relacje poszczególnych bohaterów pozwalają rzucić nowe światło na zajście w posiadłości babci, a poza tym niebagatelną rolę odgrywa w nich enigmatyczny Smakosz. Swoją drogą, informacje na temat złodzieja bacznie studiuje żabi inspektor Nicky Flippers, w którego kreacji widać udaną inspirację słynnym detektywem z książek Agathy Christie – Herkulesem Poirotem. Nie dość, że nosi czarny wąsik, to jeszcze uraczy nas prezentacją trafnych dedukcji. Dla odmiany finał, gdzie dochodzi do bezpośredniej konfrontacji z czarnym charakterem, zrobiono na modłę filmów akcji w bondowskim stylu.

Na osobną uwagę zasługuje nieszablonowy wizerunek tych protagonistów, którzy wywodzą się z baśni o Czerwonym Kapturku. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu wilk, acz pozostali także fajnie wypadli. Jak zasygnalizowałam wcześniej, pan włochaty nie zamierzał pożreć babiny. Okazuje się, że jest reporterem śledczym, wzorowanym postaci, którą Chevy Chase kapitalnie sportretował w filmach „Fletch” i „Fletch żyje”. Wilczy dziennikarz od dłuższego czasu tropi Smakosza, sięgając w tym celu po różnorodne przebrania. Co do babci, to taki emerytowany Vin Diesel w spódnicy, gdyby przyszłoby mu na starość zagrać w nowej odsłonie serii „XXX”. Kobieta lubi tatuaże i regularnie uprawia sporty ekstremalne, lecz ukrywa niecodzienne hobby przed rodziną. Na dodatek, z powodzeniem odnalazłaby się we współczesnych mediach, gdzie wszyscy potrafią gotować. Tak, ona również ma własny program kulinarny. A co z Czerwonym Kapturkiem? Dziewczynka przeważnie krąży sobie po lesie, bynajmniej nie uznając tych wypraw za szczyt swoich marzeń. Warto też nadmienić, iż małolata posiada cięty język oraz umiejętności karateki. I wreszcie drwal. Wprawdzie gość wpada do chaty z siekierą, ale nie robi tego gnany chęcią walki z wilkiem. Ot, zbieg okoliczności. A tak w ogóle facet jest aktorem, który metodą Stanisławskiego przygotowuje się do roli leśniczego w reklamie maści na odciski.

Jako najsłabszy element amerykańskiej animacji wskazałabym modele postaci oraz scenerie, które przegrywają starcie z serią o Shreku i innymi bajkami, zaliczanymi do najładniejszych wizualnie produkcji. Cóż, widać, że dysponowano zdecydowanie mniejszym budżetem. Mimo wszystko twórcy i tak nieźle sobie poradzili, bo „Czerwony Kapturek – historia prawdziwa” generalnie nie wygląda brzydko. Co więcej, tytuł ten broni się zręcznie napisanym scenariuszem, a silny nacisk na dialogi nie czyni filmu przegadanym. Reasumując, to dobra propozycja zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów.



-------------------------------------------------------------------
Tytuł polski: Czerwony Kapturek – prawdziwa historia
Tytuł oryginalny: Hoodwinked!
Reżyseria: Cory Edwards, Todd Edwards, Tony Leech
Scenariusz: Cory Edwards, Todd Edwards, Tony Leech
Gatunek: animacja, familijny, komedia, akcja, kryminał
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2005
Czas trwania: ok. 80 minut

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz