sobota, 5 września 2015

"Czarownik i biały wąż" - recenzja

Zielarz Xu Xian ma szczęście w nieszczęściu. Wpadłszy do wody, cudem unika śmierci dzięki pomocnej dłoni, a właściwie buziakowi dziewczyny o imieniu Susu. Niejeden facet chciałby zostać w taki sposób wyratowany z opresji, zwłaszcza iż w sukurs przychodzi ładna i młoda panna. Na dodatek, wybawicielka Xu Xiana jest bardzo chętna na zacieśnienie znajomości z niedoszłym topielcem. Skoro mężczyzna również czuje motylki w brzuchu, cóż złego w tym, aby żyli sobie długo i szczęśliwie?

Niejaki Fa Hai uważa, że to wybitnie zły pomysł. Bynajmniej nie mamy tutaj do czynienia ze wzgardzonym kochankiem, który nie może znieść widoku swojej byłej w objęciach innego samca. Fa Hai nie w głowie zresztą amory. Jest buddyjskim mnichem i to nie byle jakim. Pomijając fakt, iż piastuje funkcję przeora, jego poświęcenie sprawom duchowym nie ogranicza się do odprawiania modłów. Większość czasu spędza bowiem na tropieniu demonów. Tak się składa, że Susu należy do tego rodzaju istot. Dlatego też nic nie zatrzyma mnicha na drodze ku zakończeniu związku zakochanej pary.

O perypetiach powyższej trójki opowiada chińska legenda o białym wężu. Historia doczekała się licznych adaptacji filmowych, telewizyjnych czy nawet operowych. W ostatnim czasie miałam okazję zobaczyć jedną z wersji tej legendy, a konkretnie obraz pt. „Czarownik i biały wąż” z 2011 r. Chociaż nie spodziewałam się rozmachu dorównującego wysokobudżetowym hitom z Hollywood, sądziłam, że otrzymam w miarę solidną produkcję. Niestety, trochę się przeliczyłam, aczkolwiek nie nazwałabym tego filmu stuprocentową klapą. Przede wszystkim spełnia swoją rolę jako romantyczna historia, zdolna do poruszenia wrażliwszych widzów. Uczucia bohaterów wydają się autentyczne, a zaniedbanie owego aspektu fabuły byłoby niewybaczalnym błędem w opowieści, która traktuje o miłości.

Co się tyczy ogólnego zarysu scenariusza, wypada on nie najgorzej. Sam wstęp można w pewnym sensie podzielić na dwie partie, które pokrótce przedstawiają widzom najważniejsze postaci, ich charaktery oraz codzienne zajęcia. W pierwszej z nich przybliżono nam Fa Hai i jego pomocnika Neng Rena, dobitnie pokazując na czym polegają zadania obu mnichów. W drugiej zostajemy natomiast przeniesieni do miejsca, gdzie mieszka Susu, czyli tytułowy biały wąż. Towarzystwa dotrzymuje jej przyjaciółka Qingqing, która również jest demonem - zielonym wężem. Nie tak daleko od kryjówki  dziewcząt przebywa akurat Xu Xian, którego pochłania zbieranie ziół. Po owym wprowadzeniu, twórcy płynnie przechodzą do głównej części obrazu, coraz bardziej splatając losy poszczególnych dramatis personæ.

Jak łatwo przewidzieć, skrzyżowanie dróg wszystkich bohaterów nie zaowocuje wspólnymi spotkaniami i beztroskim biesiadowaniem. O ile Fa Hai lubi poczciwego Xu Xiana, o tyle nie toleruje obecności Susu u boku zielarza, co zasygnalizowałam już wcześniej. W konflikcie pomiędzy mnichem a białym wężem, twórcy nie gloryfikują ani jednoznacznie nie potępiają żadnej ze stron, a tym samym nie narzucają widzom, komu powinni kibicować. Każde z owej dwójki ma swoje racje, a także podejmuje decyzje, z którymi można by polemizować. Mimo że Susu jest demonem, umie zdobyć się na dobry uczynek. Ponadto nie ma nic dziwnego w tym, iż nie chce opuścić Xu Xiana. Większość zakochanych kobiet przyjęłaby podobną postawę w takiej sytuacji. Z kolei Fa Hai nie zakłóca szczęścia młodej pary z czystej złośliwości. Po pierwsze, perfidia nie leży w jego naturze. Po drugie, on po prostu wykonuje swoje obowiązki i wierzy, że w ten sposób ochroni zielarza. Neguje prawdziwość uczuć, jakie narodziły się w sercu mężczyzny. Zdaniem mnicha to nie miłość, lecz opętanie przez ciemne moce. Inna sprawa, że białemu wężowi daleko do złego ducha integrującego się z ludźmi w celu ich skrzywdzenia. Tak więc cała afera stanowi też lekcję dla przeora, podając w wątpliwość ścisłe trzymanie się zasad.

Co zatem przemawia na niekorzyść ekranizacji chińskiej legendy? Otóż w „Czarowniku i białym wężu” sromotnie rozczarowuje ten element, na który byłam skłonna spojrzeć nieco przychylniejszym okiem. Mianowicie chodzi mi o efekty specjalne. Przypuszczałam, iż pod tym względem azjatycki obraz nie dotrzyma kroku amerykańskim przebojom pokroju „Avengers”. Niemniej jednak to, co zaoferowała wizualna warstwa produkcji, przeszło moje najśmielsze obawy. CGI wykonano tutaj wyjątkowo nieudolnie, w dużym stopniu rzutując na pozytywny odbiór całości. Pół biedy, gdyby słabe komputerowe efekty występowały w skromnych ilościach. Nie powinno się nadmiernie eksploatować danych środków przy braku możliwości finansowych, talentu lub chęci do odpowiedniego ich wykorzystania. Tymczasem twórcy podeszli do CGI na zasadzie „hulaj dusza”. Finałowe starcie to wręcz festyn tandety. Na domiar złego, dłuży się niemiłosiernie. Momentami szkoda patrzeć jak w owej feerii kiczu marnuje się obsada, z grającym mnicha Jetem Li na czele. Zamiast męczyć odbiorców marnymi tworami z komputera, wystarczyło dać więcej ujęć z ładnymi plenerami oraz scen ze sztukami walki, z jakich przecież słynie kino rodem z Azji.

Cóż, ponarzekałam trochę na ten tytuł, lecz jednocześnie dostrzegam w nim zalety. Skłamałabym twierdząc, iż w ogóle mi się nie podobał. „Czarownik i biały wąż” to taki dobry i zarazem zły film, który potrafi wciągnąć pomimo poważnych mankamentów. Przyznam, że w trakcie seansu zdarzyło mi się uronić łezkę wzruszenia. Historia zakazanej miłości pomiędzy demonem a zwykłym śmiertelnikiem może i miejscami bywa naiwna, ale baśniowe opowieści często tak mają. Szkoda tylko, że autorzy obrazu dali ponieść się ambicji stworzenia widowiskowej superprodukcji. Gdyby nie przedobrzono z lichym efektami specjalnymi, film wiele by na tym zyskał.


Ocena: 5,5/10


Tytuł polski: Czarownik i biały wąż
Tytuł oryginalny: Bai She Chuan Shuo
Reżyseria: Tony Ching Siu-Tung
Scenariusz: Zhang Tan, Tsang Kan-Cheong, Szeto Cheuk-Hon
Obsada: Jet Li, Eva Huang, Raymond Lam, Charlene Choi, Wen Zhang
Gatunek: fantasy
Produkcja: Chiny, Hongkong
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 90 minut

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz