Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jojo Moyes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jojo Moyes. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 grudnia 2018

"Kiedy odszedłeś", Jojo Moyes - recenzja


Powieść „Zanim się pojawiłeś” nie poskąpiła mi zarówno okazji do refleksji, jak i do ciepłego uśmiechu czy silnego wzruszenia. Nie jestem tu odosobnionym przypadkiem, bowiem mowa o bestsellerze, który podbił serca mnóstwa czytelników. W obliczu takiej skali popularności utworu, obejmującej też powstanie ekranizacji o tym samym tytule, teoretycznie nie powinien więc dziwić fakt, że Jojo Moyes napisała kontynuację. Nie tylko jedną zresztą, a dwie. Niemniej „Zanim się pojawiłeś” stanowi według mnie zamkniętą historię, która nie potrzebowała rozrastać się do większego cyklu. I mimo że drugiej odsłony serii, czyli „Kiedy odszedłeś”, nie można posądzić o brak zalet, to zarazem nadal mam pewne wątpliwości odnoście do narodzin tej pozycji.

Sequel przybliża czytelnikom dalsze losy Lou Clark, osoby doskonale znanej z kart poprzedniej części. Czy coś się zmieniło w życiu tej młodej kobiety z chwilą, kiedy to startuje akcja kolejnej powieści? I tak, i nie. Owszem, przez niektóre wydarzenia jej egzystencja – siłą rzeczy – wygląda w wybranych kwestiach inaczej. Ma też nową robotę, będąc aktualnie zatrudnioną w pubie na londyńskim lotnisku. A i posiada wreszcie własne mieszkanko. Jednocześnie sympatyczną protagonistkę dopadła swoista stagnacja, wraz z wewnętrzną pustką. Nie rozwinęła również skrzydeł tak, jak jej doradzano. Nie planowała jednak popełniać samobójstwa, co podejrzewa rodzina dziewczyny na wieść o wypadku Lou. Tak się wszak akurat składa, iż jeszcze w pierwszym rozdziale główna bohaterka zalicza pechowy upadek z dachu. Szczęście w nieszczęściu, bo choć zostaje mocno poturbowana, to – po okresie rekonwalescencji – dochodzi do siebie i może wrócić do pracy.

środa, 20 czerwca 2018

"We wspólnym rytmie", Jojo Moyes - recenzja


Powieść „We wspólnym rytmie” ukazała się na angielskojęzycznych rynkach kilka lat przed tym, jak Jojo Moyes wypuściła w świat bestsellerowe „Zanim się pojawiłeś”. Polski debiut pierwszego z powyższych tytułów nastąpił jednak dopiero wtedy, gdy ta brytyjska autorka zdążyła już zadomowić się wśród pisarzy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowych listach sprzedaży. Czy rodzimy wydawca dokonał słusznej decyzji, sprowadzając ową pozycję do naszego kraju? Tak, i to nie tylko dlatego, że fani danego twórcy z reguły chcą dokładnie poznać literackie portfolio swojego ulubieńca. Perypetie Natashy Macauley i Sarah Lachapelle złożyły się bowiem na udaną życiową historię, z miłością do koni oraz sztuką jeździecką w tle.

Natasha pracuje na co dzień w kancelarii jako radca prawny i adwokat, a jej specjalizację stanowią nieletni. Prywatnie spotyka się obecnie z Conorem, również zatrudnionym w tejże firmie, lecz nie można uznać osobistego życia bohaterki za pasmo sukcesów. Otóż pani Macauley poślubiła niegdyś mężczyznę o imieniu Mac. Zawarty przed paroma laty związek aktualnie istnieje jedynie na papierze, a i ów fakt szykuje się na rychłą melodię przeszłości, bo małżonkowie planują rozwód. Ich drogi rozeszły się jakiś czas temu, przy czym wina leży właściwie po obu stronach. Z kolei Sarah, druga główna protagonistka, to czternastolatka, która mieszka ze swoim dziadkiem Henrim w uboższej części miasta. Starszy pan, tak na marginesie noszący ksywkę Kapitan, trzyma wnuczkę krótko, lecz chce dla dziewczyny jak najlepiej. On zresztą zaszczepił w sercu Sarah pasję do jeździectwa i sprezentował jej konia Boo, z którym to treningi pozwalają nastolatce zapomnieć o problemach. Niestety, te uderzają wkrótce ze wzmożoną siłą, kiedy zdrowie Henri’ego ulegnie drastycznemu pogorszeniu.

środa, 24 stycznia 2018

"Zanim się pojawiłeś", Jojo Moyes - recenzja

Powieść „Zanim się pojawiłeś” zjednała sobie serca mnóstwa czytelników, co przełożyło się nie tylko na wysokie wyniki sprzedaży, ale i powstanie ekranizacji z Emilią Clarke oraz Samem Claflinem w rolach głównych. Przyznam, że przy szumie, jaki towarzyszy bardzo popularnym utworom, nachodzą mnie niekiedy leciutkie obawy. I to nawet jeśli sama mam dużą chrapkę na dany tytuł. Zastanawiam się, czy również dołączę do grona zachwyconych fanów. A może wręcz odwrotnie – stwierdzę, że sięgnęłam po przereklamowane dzieło? Na szczęście, książka autorstwa Jojo Moyes nie sprawiła mi zawodu, okazując się faktycznie piękną historią o miłości i życiu ogółem.

Will Traynor i Lou Clark to osoby z odmiennych środowisk. Ludzie, którzy w normalnych dla siebie okolicznościach raczej by się nie spotkali, ani tym bardziej nie utrzymywaliby kontaktów na gruncie zawodowym czy towarzyskim. On – bogaty bankier, człowiek sukcesu. Ona – żyje z dnia na dzień, bez jasno wytyczonego celu. Jest zadowolona z pracy w kawiarni, a zarobione pieniądze starczają na podstawowe potrzeby, bo w domu liczy się każdy grosz. A jednak losy bohaterów zostają splecione, choć dochodzi do tego na skutek przykrych wydarzeń. Szczególnie dotyczy to Willa, który dwa lata przed właściwą akcją ulega wypadkowi, lądując na wózku inwalidzkim. Z kolei Lou traci pewnego dnia ukochaną robotę, gdyż szef podejmuje decyzję o zamknięciu lokalu. Poszukiwania nowego zatrudnienia nie idą zbyt dobrze, aż wreszcie dziewczyna postanawia odpowiedzieć na ofertę opieki nad osobą niepełnosprawną i zostaje przyjęta pomimo braku stosownego doświadczenia.

piątek, 5 maja 2017

"Ostatni list od kochanka", Jojo Moyes - recenzja

Czy słowa pisane mogą przekazywać równie silne emocje co rozmowa w cztery oczy lub chociażby przez telefon, który pozwala wszak wychwycić rozmaite niuanse w samym tonie czyjegoś głosu? To w dużej mierze zależy od tego, z jak wyczerpującą treścią tekstu mamy do czynienia. Dłuższe, pełne pasji listy potrafią zdradzić naprawdę wiele. Królujące dziś zdawkowe SMS-y już niekoniecznie, ale nie tylko nad tą kwestią pochyla się brytyjska autorka Jojo Moyes.

Powieść pt. „Ostatni list od kochanka” to przeplatające się historie dwóch kobiet, których bliższe poznanie możliwe jest za sprawą rozbicia akcji na dwie główne linie czasowe – teraźniejszość oraz lata sześćdziesiąte minionego stulecia. Każda z bohaterek uwikłała się w skomplikowane relacje miłosne. Dziennikarka Ellie Haworth, która stanowi centralną postać we współczesnych partiach utworu, romansuje z żonatym facetem. Natomiast pierwsze skrzypce we fragmentach, kiedy to cofamy się do przeszłości, gra Jennifer Stirling – (nie)perfekcyjna pani domu, zdradzająca męża z pewnym reporterem. Obie protagonistki często wymieniają się też wiadomościami z obiektami swych namiętnych uczuć, dzięki czemu czytelnicy otrzymują dokładny wgląd w różnice, jakie dzielą poszczególne typy korespondencji.