Powieść „Zanim
się pojawiłeś” nie poskąpiła mi zarówno okazji do refleksji, jak i do ciepłego uśmiechu
czy silnego wzruszenia. Nie jestem tu odosobnionym przypadkiem, bowiem mowa o
bestsellerze, który podbił serca mnóstwa czytelników. W obliczu takiej skali
popularności utworu, obejmującej też powstanie ekranizacji o tym samym tytule,
teoretycznie nie powinien więc dziwić fakt, że Jojo Moyes napisała kontynuację.
Nie tylko jedną zresztą, a dwie. Niemniej „Zanim się pojawiłeś” stanowi według
mnie zamkniętą historię, która nie potrzebowała rozrastać się do większego
cyklu. I mimo że drugiej odsłony serii, czyli „Kiedy odszedłeś”, nie można
posądzić o brak zalet, to zarazem nadal mam pewne wątpliwości odnoście do narodzin
tej pozycji.
Sequel
przybliża czytelnikom dalsze losy Lou Clark, osoby doskonale znanej z kart
poprzedniej części. Czy coś się zmieniło w życiu tej młodej kobiety z chwilą,
kiedy to startuje akcja kolejnej powieści? I tak, i nie. Owszem, przez niektóre
wydarzenia jej egzystencja – siłą rzeczy – wygląda w wybranych kwestiach
inaczej. Ma też nową robotę, będąc aktualnie zatrudnioną w pubie na londyńskim
lotnisku. A i posiada wreszcie własne mieszkanko. Jednocześnie sympatyczną
protagonistkę dopadła swoista stagnacja, wraz z wewnętrzną pustką. Nie
rozwinęła również skrzydeł tak, jak jej doradzano. Nie planowała jednak
popełniać samobójstwa, co podejrzewa rodzina dziewczyny na wieść o wypadku Lou.
Tak się wszak akurat składa, iż jeszcze w pierwszym rozdziale główna bohaterka
zalicza pechowy upadek z dachu. Szczęście w nieszczęściu, bo choć zostaje mocno
poturbowana, to – po okresie rekonwalescencji – dochodzi do siebie i może
wrócić do pracy.


