czwartek, 12 stycznia 2017

Maize (PC) - recenzja

Niby zła interpretacja cudzych słów nie jest ciężkim grzechem, ale zdarzają się sytuacje, kiedy takie omyłki skutkują wielkim galimatiasem. Dowodzi tego choćby przypadek dwóch naukowców z niezależnej gry przygodowej Maize. Panowie kierowali tajnym ośrodkiem badawczym, lecz, szczerze powiedziawszy, nie powinni niczym koordynować. Nie żebym odmawiała obu mężczyznom talentu do nauk ścisłych, gdyż efekt ich eksperymentów nawet w swej osobliwości budzi duże uznanie. Niemniej ze sztuką zarządzania wyraźnie tu komuś nie po drodze, co nie mogło skończyć się inaczej niż olbrzymim bajzlem.

Naszą przygodę rozpoczynamy od pobudki na farmie, pośród rozległych pól kukurydzianych. Jak jednak zasygnalizowałam we wstępie, Maize nie opowiada o życiu rolnika, ze wszelkimi jego urokami i troskami. Gospodarstwo stanowi w rzeczywistości przykrywkę dla wcześniej wspomnianego kompleksu, który zresztą również dokładnie zbadamy. Przemierzając zakamarki farmy oraz podziemnych laboratoriów, odkryjemy sekrety placówki, gdzie, na skutek złego zrozumienia wytycznych od rządu USA, dochodzi do powstania świadomej i gadającej kukurydzy. Hasające samopas łodygi nie są bynajmniej jedynym kuriozum, z jakim zetkniemy się na terenie ośrodka. Od pewnego momentu będzie nam bowiem towarzyszyć Vladdy – rosyjski robot o postaci pluszowego misia. Futrzak także nie należy do milczących osobników, wykazując się skłonnością do notorycznego zrzędzenia. Z kolei duet naukowców, Boba i Teda, poznamy dzięki wiadomościom, które zostawiali sobie na samoprzylepnych karteczkach.

Fabuła produkcji nie sięga szczytów scenopisarskiej maestrii, ale w ogólnym rozrachunku zaliczam ją do zalet Maize. Dzieje się tak za sprawą sugestywnej atmosfery dziwności oraz sowitej dawki humoru, głównie w absurdalnym wydaniu. Swoje trzy grosze dokładają do tego notatki badaczy, które bardzo dobrze pokazują skontrastowane charaktery obu mężczyzn. Mimo że zgryźliwy Ted zawsze pozostaje w cieniu przebojowego kolegi, nie waha się psioczyć na wspólnika, słusznie krytykując jego ekstrawaganckie pomysły. Bez owijania w bawełnę, narcystycznemu Bobowi ostro poprzewracało się w tyłku. Facet uroił sobie, że urządzi swoisty kurort i może przepuszczać kasę ile wlezie. Stąd obecność w tajnym kompleksie takich rzeczy jak bawialnia, siłownia, złocone kible czy pomniki upamiętniające megalomańskiego wynalazcę. Poza tym, z przymrużeniem oka potraktowano opisy innych dokumentów i przedmiotów, które znajdziemy podczas eksploracji środowiska. Dlatego generalnie warto poświęcić swoją uwagę takim smaczkom, aczkolwiek przyznaję, iż zawarty w grze komizm nie ustrzegł się zarazem pewnej powtarzalności oraz paru mniej udanych żartów.


Jeśli chodzi o mechanikę, projekt, za którym stoi kanadyjskie studio Finish Line Games, jest pierwszoosobowym point and clickiem z naleciałościami symulatora spacerowicza, tyle że różniącego się np. od Kholata. Bo o ile w pozycji autorstwa polskiego IMGN.PRO bardzo łatwo zabłądzić, tak Maize obiera pod tym względem odwrotny kierunek i praktycznie prowadzi odbiorców za rękę. Mianowicie mamy do czynienia z liniową rozgrywką, a co za tym idzie – poruszamy się po z grubsza narzuconych trasach. Ba, gdy twórcy nie chcą, byśmy wędrowali na danym etapie pewną ścieżką, nad wyraz dobitnie dają nam to do zrozumienia, poniekąd podkreślając absurdalność zwiedzanego świata. Tymczasowo niedostępne przejście zostaje dosłownie zablokowane stertą pomarańczowych kartonów, acz przynajmniej postarano się o jako takie wytłumaczenie ich występowania. Właściwie trudno więc przegapić większość z licznej rzeszy papierów i gratów, które co prawda nie są niezbędne do ukończenia produkcji, lecz wzbogacają naszą wiedzę o realiach wykreowanego na potrzeby Maize uniwersum.

Podobną drogą podążają zagadki, ponieważ cechują się banalną wręcz prostotą. I to pomimo faktu, że bywają niekiedy ciut na bakier z logiką. Cały szkopuł nie tkwi w tym, by myśleć tradycyjnie czy abstrakcyjnie. Można śmiało stwierdzić, iż wyprawa po naukowych włościach ani przez chwilę nie wymaga nadwyrężenia mózgownicy. Otóż zarówno obowiązkowe przedmioty, jak i opcjonalne rzeczy zostały wyróżnione specjalną obwódką. Trzeba przy tym nadmienić, że nieprzydatne szpargały nie wprowadzają żadnego zamętu, lądując w dziale z dokumentacją zamiast w klasycznym ekwipunku. Co więcej, to jeszcze nie koniec nadgorliwej troski o naszą wygodę. Niejednokrotnie natrafimy na kontury obiektów w miejscach, gdzie musimy je postawić! Nie da się zaprzeczyć, że takie rozwiązanie niweluje jakikolwiek wysiłek umysłowy ze strony gracza.


Gwoli ścisłości, nie krytykuję zastosowania systemu podpowiedzi ogółem. Przy zupełnej rezygnacji ze wskazówek istniałoby ryzyko, że Maize stanie się zbyt hermetycznym produktem. Sądzę, że zwyczajnie zabrakło złotego środka i przesadzono z ułatwianiem odbiorcom życia. Lepiej sprawdziłoby się popularne w wielu przygodówkach podświetlanie hotspotów wtedy, kiedy sami odczujemy taką chęć. Ponadto wywaliłabym te nieszczęsne kształty konkretnych elementów na rzecz czegoś bardziej dyskretnego i przemyślanego. Nie tylko w celu podwyższenia poziomu trudności, ale i żeby uniknąć kuriozalnych sytuacji przy kompletowaniu zestawu przedmiotów. Dlaczego? Ano taki komplet składa się z tylu konturów, ile obiektów należy przynieść. Jeśli zatem zaczniemy tworzyć tego typu konstrukcję przykładowo od góry, osadzony rekwizyt będzie sobie grzecznie wisiał w powietrzu!

Po paru dość gorzkich uwagach pora na przychylniejsze słowa, zwłaszcza że oprawa audiowizualna zdecydowanie na nie zasługuje. Zaobserwowane niedoróbki były naprawdę sporadyczne (drobnica z teksturami), a tym samym nie psuły przyjemności płynących z obserwacji świata gry. Trójwymiarowa grafika cieszy oczy i plasuje kanadyjską produkcję w takiej kategorii, jaką prywatnie określam mianem „indorów na bogato”. Maize stoi w ewidentnej opozycji do niezależnych tytułów, które odstraszają osoby z alergią na pikselozę bądź inne oszczędne formy. Prócz starannego wykonania i bogatej palety barw, przygotowane przez twórców lokacje oferują sporą różnorodność. Co więcej, takiemu urodzajowi daleko do niestrawnego miszmaszu, gdyż został dobrze uzasadniony przez scenariusz, jednocześnie zgrabnie wpisując się w ekscentryczny klimat przygodówki. W budowaniu specyficznego nastroju pomaga również muzyka, która, choć nienachalna, jasno sygnalizuje, że nie znajdujemy się w normalnym otoczeniu. A co z angielskim voice actingiem? W tej materii także otrzymujemy solidną robotę.


Jak widać, owoc prac ekipy z Finish Line Games to nierówny tytuł, który ma swoje atuty, ale nie brak mu też niestety wad. Owszem, wyłażąca zewsząd dziwaczność pozytywnie przyczynia się do unikalności produkcji, skutecznie przytrzymując przed komputerem. Gameplay trawią jednak niedostatki, a i czas zabawy nie jest zbyt oszałamiający. Ukończenie Maize zajęło mi około czterech godzin, lecz dojście do finału trwałoby jeszcze krócej, gdybym odpuściła sobie skrupulatne czytanie wszystkich notatek, w zamian gnając na złamanie karku. Osobiście czułam się po części jak na filmie, którego najfajniejsze kawałki zobaczyłam uprzednio w zwiastunie. Udostępniane przed premierą materiały (informacje, screeny, trailery) narobiły mi dużego smaku na tę zdrowo zakręconą grę i myślałam, że finalna, pełna wersja okaże się nieco lepsza. W związku z powyższym, radziłabym zainteresować się ową pozycją raczej przy promocyjnej cenie, bo premierowe 19,99 euro jest trochę wygórowaną kwotą wobec takiej jakości całokształtu.



---------------------------------------------------

Tekst powstał dzięki współpracy z portalem Save!Project i tam również można go przeczytać, zaglądając pod ten adres.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz