poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Blackwood Crossing (PC) - recenzja



Są takie historie, o których mówię, iż mają duszę. Czym według mnie zasłużyły sobie na powyższe stwierdzenie? Ano tym, że wciągają na całego, zarazem emanując iście magiczną atmosferą. W efekcie przejmujemy się głównymi postaciami i wszystkim co z nimi związane. Ładunek emocjonalny, jaki tkwi w tego rodzaju opowieściach, sprawia zaś, iż po głowach odbiorców długo krążą przeróżne refleksje, a po policzkach potrafi skapnąć niejedna łza. Tak właśnie jest w przypadku pięknego Blackwood Crossing, które przybliża graczom niezwykłe przygody pewnego rodzeństwa.

Za opracowaniem recenzowanego tytułu stoi niezależne studio PaperSeven z siedzibą w brytyjskim mieście Brighton. I chociaż Blackwood Crossing to pierwsza produkcja, jaka ukazała się pod szyldem tego dewelopera, bynajmniej nie mamy do czynienia z nowicjuszami w wirtualnej branży. Założyciele firmy zasilali wcześniej nieistniejące już Black Rock Studio, które podlegało koncernowi Disneya i stworzyło takie pozycje jak wyścigowe Pure czy Split/Second. Warto przy okazji dodać, iż jeden z członków ekipy – Oliver Reid-Smith przyłożył ręce do powstania logiczno-przygodowej serii The Room, wypuszczonej pod skrzydłami Fireproof Games.


Opowieść o bracie i siostrze

Fabuła Blackwood Crossing kręci się wokół dwojga sierot – nastoletniej Scarlett oraz jej młodszego braciszka o imieniu Finn, przy czym bezpośrednią kontrolę przyjdzie graczom przejąć wyłącznie nad rudowłosą pannicą. Akcja startuje w momencie, kiedy urocze dziewczę otwiera oczęta podczas podróży pociągiem. Tą samą trasą jedzie też Finn, dla którego buszowanie po zakamarkach pojazdu zdaje się być (przynajmniej początkowo) świetnym pretekstem do beztroskiej zabawy. Szybko jednak odkrywamy wraz z naszą podopieczną, że za pozornie banalną przejażdżką kryje się coś znacznie głębszego i dalece odbiegającego od szarej rzeczywistości, acz wydarzenia ze świata realnego odegrają tu jak najbardziej istotną rolę. W tej nietuzinkowej wyprawie można zresztą wychwycić pewien posmak „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla, zwłaszcza iż wśród dziwnie wyglądających osobników napotkamy nawet postać przebraną za królika.

Mimo że w odbywanej podróży da się poniekąd wyodrębnić kilka przystanków, oczywiście nie uświadczymy tradycyjnych postojów na stacjach kolejowych. Co najważniejsze, mocno surrealistyczna otoczka nie służy do opowiedzenia historii o stricte paranormalnym podłożu. To w dużej mierze metaforyczna wyprawa po wielobarwnym świecie rodem z dziecięcej wyobraźni, gdzie magia miesza się ze wspomnieniami. Kluczowy aspekt scenariusza stanowią natomiast relacje między Scarlett i Finnem – niegdyś bardzo zażyłe, lecz z upływem czasu osłabione. Nie bez znaczenia pozostają w tej kwestii różnice wiekowe, zwiększające barierę, gdy dorastanie jednego z rodzeństwa przynosi dość gruntowne zmiany w sferze zainteresowań. Scarlett, jako ta starsza, nie przestała być z wiekiem sympatyczną osóbką, ale po prostu wyrosła z pewnych rzeczy. Młodszy od niej Finn, co zrozumiałe, nadal jeszcze czerpie radość z zabawek, kolorowych obrazków, wycinanek itp. Dlatego wrażliwego malca boli dla przykładu to, że głowę ukochanej siostry zaczęły zaprzątać randki.


Czarodziejska skarbnica uczuć

Omawiając fabułę, nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, by każdy mógł samodzielnie poznać jej sekrety i sprawdzić, czy głównym bohaterom uda się naprawić nadwątlone więzi. Niemniej muszę pochwalić twórców za autentyczność, jaką uzyskali kładąc nacisk na wewnętrzne przeżycia protagonistów. Ba, regularnie udzielały mi się towarzyszące dzieciakom emocje – czy to dezorientacja Scarlett w pierwszych minutach rozgrywki, czy późniejsze chwile oddechu bądź smutku. W wywoływaniu takich wrażeń pomogło też umiejętne operowanie różnymi stylistykami, począwszy od refleksyjnej atmosfery, przez względnie pogodną baśń, a kończąc na zdecydowanie mrocznych akcentach. Temu wszystkiemu bezapelacyjne królowało z kolei wzruszenie, które ogarniało mnie do takiego stopnia, że nie obyło się bez pochlipywania. Ogromne brawa dla deweloperów za silny uczuciowy przekaz, dzięki czemu snuta przez PaperSeven historia o miłości i stracie posiada tak dużą moc oddziaływania.

Program podróży

Co z pozostałymi aspektami brytyjskiej produkcji? Jeśli chodzi o sterowanie, pecetowa wersja oferuje dwa warianty: przy użyciu pada lub biurkowego tandemu, czyli klawiatury i myszy. Osobiście skorzystałam z drugiej opcji, która w praktyce nie przysporzyła mi nadmiernych powodów do narzekań. Mam jednak taki ogólny zarzut pod adresem obsługi, bo sporadycznie mogła być ociupinkę wygodniejsza i precyzyjniejsza. A już na pewno nie zaszkodziłoby zaimplementować funkcji biegu, albowiem panienka Scarlett wędruje nadto niespiesznym krokiem. Na szczęście, owe mankamenty nie popsuły mi przyjemności z przechodzenia tytułu, tym bardziej że deweloperzy generalnie postarali się na niwie rozgrywki. I to pomimo maksymalnej koncentracji na warstwie narracyjnej.


Analizując Blackwood Crossing pod względem gameplayu, perypetie bohaterów określiłabym jako coś pomiędzy symulatorem spacerowicza, klasyczną przygodówką a interaktywnym seansem filmowym. Jeżeli pomyśleliście teraz o niewysokim stopniu skomplikowania, to jesteście na dobrym tropie. Owszem, gra odznacza się niskim poziomem trudności, lecz autorzy projektu zdołali przekuć ową prostotę na niezaprzeczalny atut, a przygotowane zagadki perfekcyjnie wręcz uzupełniają fabułę, pozostając w klimatycznej zgodzie ze scenariuszem. Tutejsza mechanika bazuje na eksploracji otoczenia, prowadzeniu rozmów oraz rozwiązywaniu zadań ekwipunkowych, włącznie z takimi, które nawiązują do dziecięcych zabaw (np. „ciepło-zimno”). W obrębie konwersacji zafundowano nam także specjalny typ zagadek, polegający na łączeniu wypowiedzi różnych postaci w pary, a tym samym na utworzeniu mini-dialogów. Ponadto gra umożliwia w paru miejscach wybór tonu, z jakim odezwiemy się do Finna, aczkolwiek ów zabieg nie wpływa na przebieg wydarzeń.

Urokliwa perełka

Jak przedstawia się audiowizualna strona produkcji? Trójwymiarowe środowisko, które obserwujemy z perspektywy pierwszoosobowej, nie wzbudza zastrzeżeń, w zamian ciesząc wzrok ładnymi widokami i starannym wykonaniem. Obrana konwencja graficzna przywodzi na myśl film animowany – może nie taki z najwyższej półki zarezerwowanej dla Pixara, ale jest naprawdę solidnie. Oprócz tego, bardzo spodobały mi się wiszące gdzieniegdzie plakaty, za pośrednictwem których deweloperzy przemycili pomysłowe odniesienia popkulturowe. Co się tyczy udźwiękowienia, otwarcie przyznaję, że ten element zrealizowano pierwszorzędnie! Zatrudnieni przy angielskim voice actingu aktorzy dali niewątpliwy popis profesjonalizmu – stąd przykładowo w głosie zdenerwowanego Finna usłyszymy szczerą złość. Na medal zasługuje również muzyka, która koncertowo wspiera narrację, adekwatnie do danej sytuacji przynosząc ukojenie bądź uciekając w posępniejsze brzmienia.


Jeśli w grach najbardziej cenicie sobie znakomicie opowiedziane i zapadające w pamięć historie, dzieło niezależnego zespołu z PaperSeven to idealna propozycja na spędzenie udanego wieczoru. Co prawda całość mogłaby trwać dłużej, bo około trzygodzinna rozgrywka nie jest imponującym wynikiem, lecz nad wyraz satysfakcjonująca jakość scenariusza z nawiązką nam ten krótki czas wynagradza. Blackwood Crossing rozczula, smuci, zaskakuje i skłania do zadumy nad życiowymi problemami, a do tego niewykluczone, że po ujrzeniu zakończenia długo nie będziecie mogli się emocjonalnie pozbierać. Innymi słowy, polecam gorąco!



---------------------------------------------------

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję firmom PaperSeven i ICO Partners.

2 komentarze:

  1. Też ostatnio skończyłam i bardzo mi się podobało. Lubię takie interaktywne i emocjonujące opowieści :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam słabość do takich produkcji, więc tym bardziej cieszę się, że Blackwood Crossing spełnia pokładane oczekiwania. :)

      Usuń