sobota, 31 października 2015

Horror - film a gra. Jak to na mnie działa

Lubimy się bać. No może nie wszyscy, ale na pewno bardzo dużo osób, bo inaczej nie powstawałoby tyle horrorów. A tych, jak wiadomo, nie brakuje. Czy jednak film grozy potrafi przestraszyć w równym stopniu co reprezentująca ten gatunek gra? Dawniej, gdy wirtualna branża jeszcze nie istniała bądź dopiero raczkowała, takie pytanie nie wchodziło oczywiście w rachubę. Teraz zaś jak najbardziej ma ono rację bytu.

Nie będę owijać w bawełnę i od razu zdradzę, co częściej potrafi mnie przerazić. Osobiście bardziej skłaniam się ku grom, aczkolwiek wcale nie odmawiam filmom umiejętności straszenia. Co zatem sprawia, iż silniej oddziałuje na mnie groza wiejąca z komputera bądź konsoli? W tym miejscu muszę odwołać się do zjawiska immersji w grach. Wykreowane przez deweloperów światy posiadają taki atut, że bezpośrednio angażują odbiorców, stawiając przed koniecznością interakcji z wirtualnym otoczeniem.

Mimo że nie zatracamy się całkowicie i nie mylimy iluzji z rzeczywistością, w trakcie rozgrywki wcielamy się w jakąś postać. Po części odpowiadamy więc za jej losy, nawet jeśli ściśle podążamy ścieżką wytyczoną przez twórców danej produkcji. W związku z powyższym, poniekąd utożsamiamy się z naszym wirtualnym alter ego. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. Chociaż zdaję sobie sprawę, że siedzę bezpiecznie przed monitorem, dość ograne „jump scares” umieją mi niekiedy solidnie napędzić stracha, zwłaszcza gdy o odpowiedni klimat dbają dodatkowo takie elementy jak lokacje czy fabuła.

Swego czasu tak wczułam się przy sesji z Penumbrą, że doprowadziło to do zabawnej sytuacji. W chwili owego zajścia nie było mi jednak zbytnio do śmiechu. Mianowicie grałam sobie w drugą część słynnej serii autorstwa studia Frictional Games. Kto miał styczność z tą pozycją, ten wie, iż to kawał porządnego horroru. W każdym razie, Czarna plaga, czyli druga odsłona cyklu, niejednokrotnie wywołała ciarki na moich plecach, a gdy w pewnym momencie musiałam przed czymś (lub przed kimś) uciekać, nagle zadźwięczał sygnał wiadomości na GG. Normalnie myślałam, że zostanę zawału! Tak się zaangażowałam, że zapomniałam o włączonym komunikatorze. Niespodziewany i niewinny w gruncie rzeczy dźwięk wprawił mnie niemalże w stan szoku.

Co natomiast z filmami? Jak wspomniałam wcześniej, X muza również ma dużo do powiedzenia w dziedzinie wzbudzania lęku, i to nie tylko dlatego, że jest starszym stażem medium. Jeżeli twórcy danego obrazu zadbali o zbudowanie sugestywnej atmosfery, nie pozostanie to bez wpływu na widzów. Oglądając film, co prawda nie wczuwam się w rolę głównego bohatera niczym w grach, lecz zdarza się, że udany seans owocuje niepokojącymi wrażeniami. Przykłady? Weźmy choćby „Kobietę w czerni” z Danielem Radcliffem, kultowe „Coś” Johna Carpentera albo amerykańskie „rimejki” „Klątwy” czy „Kręgu” (pierwsze odsłony obu wywodzących się z Azji serii).

Na koniec pozwolę sobie na małą, acz dość istotną dygresję. Filmowe horrory działały na mnie bardzo podobnie do gier, ale w dzieciństwie. Nie chodzi tyle o identyfikację z postacią, co lęk przed fikcyjnym zagrożeniem, urastającym do rangi realnego niebezpieczeństwa. Wiadomo, percepcja małego dziecka różni się od spostrzegania u dorosłego człowieka. W oczach szkrabów różne rzeczy często wydają się większe lub/i groźniejsze niż w rzeczywistości. Ech, nie bez powodu horrory omijane są w propozycjach familijnej rozrywki.

2 komentarze:

  1. A polecasz jakieś dobre horrory? Bardziej mnie interesuje narastający, gęsty klimat, że coś się zaraz wydarzy niż wyskakujące trupy z szafy. Ciepło pod tym względem wspominam Dead Space, gdzie bałem się tego, co może być za ścianą. Szkoda, że następne części to już mało emocjonujące sieczki. A w trójce to już arenówka...
    Co do filmowych horrorów, to fakt. Za dzieciństwa przeżywałem je i to mocno. Pamiętam, jak oglądałem film Mucha 2 gdzieś we wczesnych dziewięćdziesiątych. Do tej pory pamiętam lęk, jakiego mnie ten film nabawił. A teraz? Albo się nudzę, albo mnie to śmieszy, szczególnie jak jakiegoś slashera oglądam (Hostel - na tym filmie to autentycznie się śmiałem, tak bardzo przerysowana brutalność tam jest pokazana).

    OdpowiedzUsuń
  2. Gęsty klimat na pewno można znaleźć właśnie w Penumbrze. Dopiero trzecia część tej serii (właściwie to dodatek), czyli Requiem zawodzi na tym polu - więcej tu gry logicznej, a grozy jak na lekarstwo.
    Pod względem atmosfery nie rozczarowuje ponadto pierwsza część Amnesii tego samego studia. Wystraszyła mnie tak bardzo, że nawet nie dałam rady zbyt długo grać :D Nawiasem mówiąc, podobnie miałam z pierwszym Dead Space. Obiecuję sobie jednak, że kiedyś nabiorę wystarczająco odwagi i ponownie stawię czoła obu grom, tym razem próbując wytrwać do końca.
    Warty uwagi jest też dla mnie np. Knock-knock. Gra potrafi być frustrująca, ale zdecydowanie ma w sobie to coś i potrafi przyprawić o stany lękowe. Wprawdzie dreszcze wywołuje np. pojawienie się ducha, ale właśnie w zasadzie ciągle towarzyszył mi niepokój (dom na odludziu, samotny i znerwicowany bohater).
    Fajny klimacik zapowiada się również w The Lost Crown. To klasyczna przygodówka i raczej nie przestraszy tak jak survival horror, ale podoba mi się motyw tzw. polowań na duchy (mamy odpowiedni sprzęt do obserwacji aktywności paranormalnych). Na razie jednak tylko kawałek przeszłam.

    Jeśli chodzi o horrory widziane w dzieciństwie, ja z tego okresu najlepiej pamiętam "To" na podstawie S. Kinga. Chociaż nie obejrzałam wtedy całości, i tak bałam się potem klauna :)

    OdpowiedzUsuń