piątek, 7 października 2016

KHOLAT (PC) - recenzja

Tragedia na Przełęczy Diatłowa to jedna z takich, wymyślonych przez życie, historii, która stanowi doskonały materiał na film, książkę albo grę. Polskie studio IMGN.PRO zdecydowało się na ostatnie z wymienionych mediów i tak oto powstał KHOLAT – produkcja intrygująca, solidna, klimatyczna, lecz, przez swoją specyfikę, nie dla każdego.

Z kronikarskiego obowiązku pozwolę sobie wtrącić wpierw parę słów na temat autentycznego wydarzenia, które posłużyło za kanwę rodzimego projektu. W tym celu cofnijmy się na chwilę w przeszłość, a konkretnie do roku 1959. Grupa studentów pod przewodnictwem Igora Diatłowa wyruszyła wtedy na wyprawę po północnym paśmie Uralu, by zdobyć jeden z tamtejszych szczytów – górę Otorten. Mimo że czekała ich niełatwa podróż, teoretycznie wszystko powinno pójść raczej gładko, gdyż drużyna składała się z doświadczonych alpinistów. Po dotarciu do celu zespół miał w drodze powrotnej nadać stosowną depeszę, ale tak się niestety nie stało. Na skutek drastycznego pogorszenia pogody zboczono z trasy, a potem rozbito obóz na stoku owianej złą sławą góry Chołaczatl, co przypieczętowało los feralnych uczestników eskapady.

Sprawa jak z akt Archiwum X

Początkowo nie przejmowano się nadmiernie brakiem umówionej wiadomości od ekipy Diatłowa. Wiadomo – mogą przecież wystąpić opóźnienia, zwłaszcza w obliczu ciężkich warunków, jakie towarzyszą tego rodzaju wojażom. Przedłużająca się cisza wzbudziła w końcu na tyle duży niepokój, że zorganizowano ekspedycję ratunkową. Poszukiwania zaowocowały odkryciem namiotu, którego stan dobitnie wskazywał, iż wydarzyło się coś złego. Schronienie zostało rozcięte od wewnątrz, a podróżnicy najwyraźniej uciekli stamtąd przerażeni i niebaczni na ekstremalnie niską temperaturę. Odnaleziono też później ciała poszukiwanych, które leżały w różnych miejscach. Wygląd zwłok sugerował, że do śmierci grupy przyczynił się nie tylko mróz. Niektórzy doznali bowiem poważnych i trudnych do wyjaśnienia obrażeń. Generalnie cała afera otrzymała łatkę niewytłumaczalnej, wywołując lawinę rozmaitych teorii, w tym dla przykładu o ataku lokalnego plemienia Mansów, infradźwiękach, eksperymentach wojskowych czy nawet o UFO. Jak natomiast odnieśli się do owych hipotez deweloperzy z IMGN.PRO? Ano nakreślili na ich bazie własną wizję, skłaniając jednocześnie odbiorców do snucia swoich interpretacji.


Błądząc po zimowych szczytach

Po uruchomieniu nowej gry i obejrzeniu intra, trafiamy na stację kolejową, gdzie nie widać żadnej żywej duszy. Nikt nie wychodzi nam na spotkanie ani nie wejdziemy do któregokolwiek budynku z nadzieją, że jakiś miejscowy poczęstuje talerzem solanki, kulebiakiem albo innym rosyjskim przysmakiem. Zapuszczamy się zatem ścieżką w coraz bardziej dziewicze rejony, podążając tropem uralskiej tajemnicy i nieszczęsnych wędrowców. Wkrótce zaczyna się prawdziwa zabawa, bo wraz z nastaniem nocy Kholat objawia przed graczem jego zadanie, acz nie robi tego w oczywisty sposób. Można śmiało powiedzieć, że prym wiodą tutaj niedopowiedzenia, wespół z niejasnością i niejednoznacznością.

Poruszamy się po całkiem rozległym górskim regionie, a przy orientacji w terenie nieodzowne okaże się regularne korzystanie z kompasu oraz mapy. To w zasadzie musi nam wystarczyć, jako że produkcja nie prowadzi odbiorców za rękę, a wręcz przeciwnie – łatwo zgubić się pośród zaśnieżonych wzniesień, drzew itp. Dlatego przydaje się też dobre oko do mniej bądź bardziej charakterystycznych elementów scenerii, włącznie z takimi detalami, na które w normalnych okolicznościach nie zwrócilibyśmy przesadnej uwagi. Mapa pełni funkcję głównie ogólnego drogowskazu, zamiast wyświetlać gotowe trasy, po jakich chodzilibyśmy niczym po nitce do kłębka. Ze świecą szukać na niej również bieżącego położenia gracza, które można by w dowolnym momencie skontrolować. Co prawda od początku mamy wypisane na owym planie współrzędne dziewięciu notatek, niezbędnych do ukończenia przygody, lecz powtarzam – dostępne pomoce, choć niewątpliwie przydatne, nie odwalą za nas roboty.


Wędrówka z rozsypanką

Skoro wspomniałam o rozrzuconych po okolicy dokumentach, wypadałoby dalej pociągnąć ów wątek, tym bardziej że sedno rozgrywki stanowi właśnie papierkowe zbieractwo. Prócz obowiązkowych kartek, które zawiodą nas do finału, natkniemy się także na opcjonalne notatki. Mimo że można odpuścić sobie te dodatkowe świstki, warto się za nimi rozglądać z bardzo prostego powodu. Mianowicie wszystkie dokumenty, które obejmują m.in. tajne raporty tudzież zapiski jednej z członkiń wyprawy, uczestniczą w procesie budowania fabuły, a warstwa narracyjna opiera się na próbie rekonstrukcji historii, jaką gracz podejmuje dzięki znalezionym skrawkom informacji. Owszem, serwowane przez twórców strzępki bywają enigmatyczne, lecz im więcej notek przeczytamy, tym szerszy otrzymamy wgląd w sekrety Przełęczy Diatłowa.

Taki model narracji, wraz z kształtem zwiedzanego uniwersum, ma zarówno swoje zalety, jak i wady. Z jednej strony, dostajemy otwarty świat, który teoretycznie pozwala na totalną swobodę w kwestii eksploracji. Zwyczajnie idziemy, gdzie chcemy, byle zdobyć przynajmniej tę podstawową dokumentację. Mechanika gry przyczynia się ponadto do zwiększenia uczucia osamotnienia – wszak spacerujemy w pojedynkę po obszernych połaciach terenu i musimy polegać praktycznie na własnych siłach. Chyba nikt nie zaprzeczy, że tego typu zabieg wpływa dodatnio na klimat? Jednakże z drugiej strony, charakter rozgrywki może sprawić, że niektórzy zupełnie się od Kholata odbiją, szybko tracąc cierpliwość do nieustannego łażenia. Poza tym, z ideą wolności kłóci się nieco fakt, iż nasza postać nie potrafi wspiąć się nawet na niską półkę skalną.


Sekretny powiew mroźnej grozy

Chociaż Kholat to tzw. walking simulator, zabawa nie ogranicza się do beztroskiej tułaczki, w trakcie której pewność siebie odbierałyby wyłącznie niesprzyjające warunki atmosferyczne i przytłaczająca samotność, oczywiście nic nie ujmując obu wymienionym czynnikom. Wprawdzie nie damy rady podciągnąć się do góry ani wskoczyć na niezbyt duży głaz, ale wolno nam schodzić w dół po zboczach. Niemniej należy zachować ostrożność, bo przy nieopatrznie postawionym kroku ryzykujemy upadkiem, a zaliczenie gleby z dużej wysokości skończy się zgonem. Środowisko naturalne nie jest zresztą jedynym zagrożeniem, skoro rodzima produkcja zawiera również elementy horroru. O ile złociste istoty nie zrobią nam krzywdy, tak przed pomarańczową mgłą i mrocznymi zjawami trzeba brać nogi za pas.

Oprawa wizualna nie wzbudza żadnych zastrzeżeń, popisując się wyśmienitym odwzorowaniem zimowego krajobrazu. Ba, pierwsze minuty z Kholatem dosłownie uderzyły we mnie minusowymi temperaturami, a wirtualny wiatr buchnął śniegiem w twarz do tego stopnia, że w międzyczasie nie powstrzymałam się przed ukradkowym zerknięciem do lusterka. I co zobaczyłam? Nie wiem, czy uwierzycie, ale… miałam lekko zaróżowione policzki, jakbym faktycznie wystawiła facjatę na mróz. Nie przesadzam, serio. W miarę upływu czasu taka reakcja zaniknęła, lecz nie oznaczało to, iż spacer po uralskiej scenerii stracił swoje wyraziste oddziaływanie – nic z tych rzeczy. Grafika perfekcyjnie uzupełnia gameplay w podkreślaniu nastroju zagubienia i niepokoju, a warstwa dźwiękowa także zasługuje na pochwały, racząc nas sugestywnymi odgłosami otoczenia. Kolejnym niezaprzeczalnym atutem jest muzyka, którą skomponował Arkadiusz Reikowski. Autor soundtracku postawił na nienachalne i równocześnie wymowne utwory, udanie łącząc w nich emocjonalny wydźwięk z atmosferą tajemnicy. Przy okazji dodam, iż postarano się o dobrą obsadę wśród narratorów, bo w polskiej wersji słychać m.in. Andrzeja Chyrę i Mirosława Zbrojewicza, a w angielskiej gwiazdę światowego formatu – Seana Beana.


W ramach podsumowania ponownie nawiążę do tego, co zasygnalizowałam wcześniej. Kholat nie jest produkcją, która przemówi do wszystkich graczy. Pomimo audiowizualnej urody godnej tytułów AAA, ekipa z IMGN.PRO nie ściga się z wybuchowymi hitami głównego nurtu. Polska propozycja powinna za to skusić zwolenników symulatorów chodzenia typu Dear Esther oraz sympatyków tych opowieści z dreszczykiem, które może nie zjeżą każdego włoska na karku, ale umieją zadbać, by odbiorca poczuł się nieswojo. Jeżeli zaliczacie się do takich osób, zapewne docenicie atrakcje, jakie oferuje graczom wędrówka szlakiem Diatłowa i jego znajomych.



---------------------------------------------------

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję producentowi – firmie IMGN.PRO.

Oficjalna witryna gry KHOLAT mieści się pod tym adresem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz