poniedziałek, 19 stycznia 2015

"Wyspa dinozaura 2" - recenzja



Pierwsza część „Wyspy dinozaura” nie była wybitną animacją i wyraźnie odstawała od najlepszych bajek, lecz w ogólnym rozrachunku spisywała się nie najgorzej w kategorii przyzwoitej rozrywki dla małych dzieciaków. Niestety, kontynuacji nie udało się utrzymać niezbyt wygórowanego progu, jaki ustanowiła jej poprzedniczka. To do bólu przeciętna produkcja, a na dodatek, w pewnym momencie kwestionuje samą siebie w roli obrazu przyjaznego najmłodszych widzom.

Druga odsłona niemieckiego cyklu, który bazuje na powieści dla dzieci autorstwa Maxa Kruse, ponownie zabiera odbiorców na tropikalną wysepkę Tikiwu, położoną gdzieś wśród wód Pacyfiku. Znajduje się tam szkółka gadających zwierzaków, którą prowadzi profesor Horacjusz Tibberton. W „jedynce” wesołą gawiedź zasilił Dino, natomiast w „dwójce” do owego grona dołącza panda o imieniu Babu. I to właśnie jej przybycie będzie nie w smak tytułowemu dinozaurowi, który przywykł do przebywania w centrum zainteresowania pozostałych mieszkańców wyspy. Chociaż rozkoszna Babu bardzo lubi głównego bohatera, ten uważa pandę za przysłowiowy wrzód na tyłku.

Rozgoryczony Dino strzela zatem focha i postanawia opuścić przyjaciół, do czego zresztą skłania go nie tylko zachwyt bliskich nad tzw. nowym nabytkiem.  Pretekst, który pomaga mu podjąć ostateczną decyzję o wyprowadzce, nie każe na siebie długo czekać. Ta na pozór idealna okazja nadciąga wraz z biznesmenem Barnabą, właścicielem wielkiego parku rozrywki. Jako że arabscy inwestorzy żądają obecności dinozaura w wesołym miasteczku, mężczyzna proponuje naszemu protagoniście zatrudnienie. Układ wygląda na korzystny dla obu stron – Barnaba rozkręci biznes tak, by hajs się zgadzał, zaś Dino będzie mógł przez cały czas błyszczeć. Maluch z radością przyjmuje ową ofertę, ale rzeczywistość brutalnie weryfikuje jego oczekiwania.

Skierowane do najmłodszych odbiorców produkcje często zawierają treści edukacyjne i przekazują je w łatwy do przyswojenia sposób. „Wyspa dinozaura 2” również próbuje to robić – na przykładzie relacji pomiędzy Babu a Dinem twórcy poruszają problem zazdrości starszego dziecka, jaka niekiedy pojawia się wraz z powiększeniem rodziny o kolejnego członka. Słodka panda symbolizuje młodsze rodzeństwo, a jej urocza aparycja oraz rozkoszne usposobienie mają za zadanie wpłynąć na te szkraby, które kręcą nosem z powodu utraty statusu jedynaka. Z kolei znajomość Dina z Barnabą udziela głównemu bohaterowi solidnej lekcji pokory. Obrażony na swoich towarzyszy protagonista okazuje zaufanie zupełnie obcemu człowiekowi, dając się omamić obietnicą sławy i uwielbienia fanów. Owszem, w parku rozrywki rzeczywiście jest gwiazdą, lecz istnieje druga strona medalu. Gdy zgasną sceniczne światła, Dino zostaje skuty grubym łańcuchem zamiast spać w wygodnym łóżku.

Szkoda tylko, że ten wychowawczy przekaz częściowo rozmywa postać samego dinozaura. Scenarzyści stanowczo przeholowali z kaprysami malca, który już od pierwszych minut czuje się najważniejszy i najlepszy. Bywa lekkomyślny, a ponadto złości się, kiedy nie dostaje tego, czego chce. Widzi w sobie chodzące cudo, podczas gdy w istocie przywodzi na myśl rozpuszczonego do granic możliwości dzieciaka. Woda sodowa jeszcze bardziej uderza mu do głowy pod wpływem biznesmena, który podpuszcza Dina i pyta, czy nie marzył o zostaniu gwiazdą. W konsekwencji ciężko było mi współczuć bohaterowi w momencie, gdy zostaje więźniem Barnaby i zaczyna żałować swoich decyzji. Zwłaszcza, że chwilę wcześniej zapowiadał się na drugiego Justina Biebera czy inną młodą rozpieszczoną gwiazdę.

Nieprzypadkowo podałam przykład piosenkarza zamiast aktora bądź zawodowego modela, bowiem Dino uraczy nas w trakcie seansu występem wokalnym, a raczej popisami z użyciem playbacku. W sumie nie psioczyłabym tak mocno na tę muzyczną wstawkę, gdybym nie usłyszała wówczas hitu Toma Jonesa pt. „Sex Bomb”. Co to u licha miało znaczyć?! Wprawdzie piosenka odniosła niegdyś sukces i wpada w ucho, ale nie powinna znaleźć się w filmie animowanym dla dzieci! Jeśli twórcom tak bardzo zależało na puszczeniu oka do dorosłego widza, mogli pomyśleć o czymś subtelniejszym, a nie wykazywać się wdziękiem godnym walca drogowego. Mało tego, bohaterowi towarzyszą podczas występu latające sobowtóry świnki Tusi, która mieszka na wyspie Tikiwu i jest dla niego kimś w rodzaju przybranej matki. Czyżby to była sugestia, iż Dino ma poważne problemy z kompleksem Edypa? Ech, chyba lepiej się nad tym nie zastanawiać…

Nie narzekam natomiast na wizualną warstwę produkcji, która wygląda całkiem ładnie. Wprawdzie animacje nie dorównują jakością najlepszym, lecz ekipa z Niemiec nie musi się niczego wstydzić, tym bardziej że z pewnością nie dysponowała równie dużym budżetem co ludzie z Pixara czy Dreamworks. Wśród postaci bezsprzecznie bryluje śliczna Babu, która emanuje taką słodkością, że sama chętnie bym ją przytuliła. Dino też jest ładny, aczkolwiek ma pstro w głowie i przez to nie wzbudza zbyt wielu pozytywnych odczuć. O ile w poprzedniej odsłonie dało się go polubić, tak sequel obrał negatywny kierunek przy formowaniu charakteru tego bohatera. Jako że przygoda w wesołym miasteczku daje dinozaurowi nauczkę, istnieje jednak szansa na resocjalizację niesfornego brzdąca w ewentualnej kontynuacji, o ile kiedyś powstanie. Gdyby tak się stało, mam prośbę do twórców – nie wyskakujcie z piosenkami o seksie w bajkach dla maluchów!


Ocena: 5/10


Tytuł polski: Wyspa dinozaura 2
Tytuł oryginalny: Urmel voll in Fahrt
Reżyseria: Reinhard Klooss, Holger Tappe
Scenariusz: Reinhard Kloos, Oliver Huzly, Sven Severin
Gatunek: animacja, familijny, komedia
Produkcja: Niemcy
Rok produkcji: 2008
Czas trwania: ok. 80 minut

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz