poniedziałek, 13 marca 2017

Zapomniane Księgi 2: Okruchy Przeszłości (PC) - recenzja


Olaboga! Książę nawiał z jakąś panienką, a lada dzień musi włożyć koronę! Czyżby komuś hormony nadmiernie buzowały? Pod pewnymi względami to prawda, bo następca tronu faktycznie ma motylki w brzuchu. Ale gdyby problem tkwił tylko w tym, iż chłopaczyna zaszył się z dziewczyną gdzieś w krzakach czy innym ustronnym miejscu... Niestety, mamy tutaj do czynienia ze znacznie poważniejszą aferą.

Zasygnalizowaną wyżej intrygę obmyślili deweloperzy z warszawskiego studia World-Loom, działając pod wydawniczymi skrzydłami katowickiej firmy Artifex Mundi. Oto bowiem powołali do wirtualnego życia czarownicę Droserę, której przypadła niewdzięczna rola naczelnego czarnego charakteru w grze HOPA pt. Zapomniane Księgi 2: Okruchy Przeszłości (Lost Grimoires 2: Shard of Mystery). Opracowana przez rodzimych twórców produkcja zabiera nas do fantastycznego królestwa, gdzie przed laty wiedźma zdążyła solidnie namącić i omal nie ustanowiła własnych rządów. Chociaż udało się ją wtedy unieszkodliwić, nie zrobiono tego na tyle definitywnie, by zła kobieta zaniechała swoich niecnych zamiarów. Uwięziona przy pomocy specjalnego lustra, dalej zatem knuje, pałając jeszcze większą żądzą zemsty.

Jak łatwo przewidzieć, w drugiej odsłonie Zapomnianych Ksiąg przywdziejemy szaty kogoś, kto reprezentuje obóz pozytywnych postaci. A ową osobą jest królewska nauczycielka i protektorka, która od dawna czuwa nad Fernem, czyli wspomnianym we wstępie księciem. Co ciekawe, początkowy etap rozgrywki przenosi nas do czasów, kiedy paniczowi nie w głowie latanie za dziewczęcymi spódniczkami. Przyznam, że ten mały wycinek z dzieciństwa Ferna okazał się trafionym pomysłem zarówno w odniesieniu do wątku Drosery, jak i do więzi łączącej główną bohaterkę z chłopcem. Dzięki takiemu zabiegowi mentorstwo protagonistki dodatkowo zyskuje na wiarygodności, uzasadniając szczerą troskę kobiety o dobro młodzieńca, a także podziw dziedzica dla mądrości swojej opiekunki.


Niefortunna pora na miłość

Nic więc dziwnego, że wychowawczyni księcia czym prędzej ruszy na poszukiwania chłopaka, gdy ten wymyka się z pałacu. Na dokładkę, pilne znalezienie następcy tronu dyktowane jest też rychłą koronacją oraz pewnym niepokojącym incydentem o zdecydowanie nadprzyrodzonej naturze. Fern z kolei nie przestał nagle darzyć mentorki szacunkiem, lecz zwyczajnie został ugodzony strzałą Amora, co jest jak najbardziej zrozumiałe zważywszy na jego wiek. Sęk jednak w tym, iż licho, a konkretnie Drosera, nie śpi. Mianowicie czarownica wykorzystuje zamieszanie z młodzieńczymi amorami do wzrostu swojej mocy, od nowa zagrażając całemu królestwu. Słowem, otrzymujemy klasyczną i nieskomplikowaną, acz przyjemną w ogólnym rozrachunku historię o walce z siłami zła. Mimo że nie uświadczymy zaskakujących zwrotów akcji, scenariusz został nieźle napisany i potrafi zaciekawić. W konsekwencji odbiorcy powinni do końca dobrze się bawić, zwłaszcza że w pakiecie dostają wciągający gameplay.

Alchemiczne starcie z czarną magią

Skoro napomknęłam przed chwilą o mechanice, wypadałoby teraz bliżej pochylić się nad tym tematem. Recenzując swego czasu pierwszą część cyklu (Zapomniane Księgi: Skradzione Królewstwo), chwaliłam ów tytuł za to, że twórcy nie bali się eksperymentowania, zarazem nie odbiegając od zasad gatunku HOPA. W Okruchach Przeszłości autorzy nie zarzucili chwalebnej tendencji, a tym samym „dwójka” również próbuje dorzucić coś od siebie. Podobnie jak w debiutanckiej odsłonie serii, tutejsza rozgrywka robi użytek z faktu, iż kierujemy postacią obeznaną w sztuce alchemii. Stąd zajdzie niekiedy konieczność przyrządzenia jakiegoś preparatu według receptury, czym zajmiemy się po otwarciu okna z zawartością podręcznej teczki. Tam lądują zdobyte po drodze przepisy, a także niezbędne składniki. Niemniej o ile zastąpienie teczką notatnika z „jedynki” można nazwać kosmetyką, tak proces transmutacji uległ gruntownej przebudowie. Zamiast ustawiania kół runicznych na podstawie wzoru, tym razem przygotowano minigierkę logiczną, gdzie kluczem do sukcesu jest łączenie minimum 3 symboli jednego rodzaju. Przy wskazywaniu takich zestawów mamy spore pole do manewru (poziom, pion, skos), ale należy zmieścić się w limicie ruchów.


Wśród przygodówkowych partii, które obejmują głównie zadania ekwipunkowe i łamigłówki, na szczególne wyróżnienie zasługują swoiste labirynty, jakie parokrotnie przyjdzie nam pokonać. Owszem, takie wstawki nie wydają się niczym zaskakującym w kontekście Hidden Object Puzzle Adventure. Pomimo tego trzeba docenić konstrukcję owych sekwencji, a to dlatego, że rozbito je na kilka pomniejszych zagadek (jednego lub dwóch typów w obrębie danego labiryntu). Ponadto w pamięć zapada finałowa potyczka, która, nie zdradzając zbyt wiele, polega na pomysłowym zeswataniu pracy zespołowej z popularną grą towarzyską „kamień, papier, nożyce”. A co z wypatrywaniem ukrytych obiektów? Najczęściej występują tradycyjne spisy pożądanych przedmiotów, lecz w scenach HO też można dostrzec drobne urozmaicenia. Te z pewnością widać na planszach, które każą rozglądać się za rekwizytami na bazie ich kształtów. Zazwyczaj w takich produkcjach dostajemy od razu całą listę, ale tu kolejne punkty ujawniane są stopniowo. Zbliżony manewr zastosowano oprócz tego w pierwszej scenie HO, na jaką się natkniemy. Otóż fragment ten stawia na kształty i nazwy rupieci, których szukamy metodą etapową.

Uroki (i mroki) fantastycznego świata

Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną, zwiedzane lokacje cieszą oczy starannym wykonaniem, mnóstwem kolorów oraz detali. Co więcej, scenerie pomagają w podkreślaniu klimatu opowieści. Dla przykładu, ciepła zieleń ze szklarni i ogrodu na terenie pałacu wzbudza odmienne skojarzenia niż mniej przytulne odcienie tego koloru w opustoszałym miasteczku rybackim, gdzie dominują wpływy Drosery. Nie inaczej jest z muzyką, ponieważ soundtrack operuje różnymi nastrojami, brzmiąc tajemniczo, spokojnie albo wręcz złowrogo. Gdy wobec tego staniemy naprzeciw podstępnej wiedźmy, do naszych uszu dolecą dobitnie nieprzyjazne nuty, na dźwięk których człowiek ma słuszną ochotę posłać wredną babę do wszystkich diabłów. Angielski voice acting nie przysparza powodów do lamentowania, a polskie napisy w sumie też (zauważyłam jedynie ze 3 czy 4 wpadki z pomyleniem płci). Gorzej natomiast z wyglądem postaci, bo ich nadto oszczędne animacje nie zaliczyły poprawy w porównaniu z pierwszą częścią.


Dobra robota

Cóż mogę dodać na koniec? Ano przede wszystkim zaznaczyć, że Zapomniane Księgi 2: Okruchy Przeszłości to porządny przedstawiciel casualowych przygodówek, wzbogaconych o elementy hidden object. Produkcja nie przebija najlepszych pobratymców, ale około 3,5 godziny, jakie poświęcimy na jej ukończenie, mija szybko i przyjemnie. Jeżeli lubicie niedzielną rozrywkę w rytmie HOPA, sądzę, że warto dać szansę propozycji od studia World-Loom. Ja w każdym razie nie żałuję czasu spędzonego przy kolejnym tytule z wydawniczego katalogu Artifex Mundi, a gdy zasugerowana w finale „trójka” rzeczywiście ujrzy światło dzienne, chętnie ponownie spotkam się z tymże cyklem.



---------------------------------------------------

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawcy – firmie Artifex Mundi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz