
Tytułowy
Plum wiedzie spokojną, acz nudną egzystencję w lagunie wraz z pozostałymi
delfinami. Niestety, główny bohater czuje się niczym outsider i faktycznie
odstaje od pobratymców, a to dlatego, że ma głowę pełną marzeń. Reszta stada
żyje natomiast pod dyktando ustalonych reguł, które – choć pomagają unikać
zagrożeń – sprawiają, że pływająca społeczność koncentruje się jedynie na
zdobywaniu pożywienia, zamiast snuć jakiekolwiek rozważania o przygodach czy
innych śmiałych przedsięwzięciach. Pomijając okazjonalne, drobne szaleństwa,
Plum może i nadal motałby się w takiej stagnacji, gdyby nie spotkanie z wielką
płaszczką. Ta pełni bowiem funkcję kluczowego czynnika, który popycha
sympatycznego młodzieńca do działania na zasadzie „raz kozie śmierć”. Kiedy zatem
płaszczka zasugeruje bycie sobą i pójście za głosem serca, delfinek opuści
bezpieczną przystań, by wyruszyć ku nieznanemu.
Podróż
protagonisty zaowocuje nowymi znajomościami, w tym przyjaźnią, jaka połączy
Pluma ze skłonnym do przechwałek kalmarem Macusiem. Co zrozumiałe, nie
wszystkie postacie okażą się fajnymi gośćmi. Wprawdzie gadatliwemu i zarazem
żarłocznemu rekinowi Szamie przypada w udziale dość zabawny epizod, lecz ośmiornica
Okropus to typowy chytry lis, a jego obietnice nie mają nic wspólnego z bezinteresownością.
Nie wspominając o panu barrakudzie Potworro, który sumiennie zapracował sobie
na opinię pożeracza marzeń. A jak to wszystko przekłada się na wrażenia z
seansu? Skoro we wstępie zasygnalizowałam, iż „Delfin Plum” nie zalicza się do
grona tych najlepszych, wypadałoby dalej pociągnąć ową kwestię. Cóż, mamy tu do
czynienia z bajeczką, której nawet dobicie do kategorii średniaków nastręcza trochę
trudności. Przedstawionej historii towarzyszą bardzo letnie emocje, z momentami
przestoju w pakiecie.
Nie
da się ukryć, że obraz przeznaczony jest wyłącznie dla małych dzieci. Czy wobec
tego powinnam się czepiać? W sumie nie, ale i pod tym względem film wzbudza
zastrzeżenia. Jeśli chodzi o sekwencje z naczelnym czarnym charakterem (Potworro),
fragmenty te wydały mi się zbyt straszne dla maluchów. Kolejna sprawa dotyczy
przekazu wychowawczego, który w tego rodzaju produkcjach często odgrywa
niezmiernie ważną rolę. Z jednej strony, film niby próbuje czegoś nauczyć,
przykładowo przestrzegając przed nadmierną ufnością czy zatracaniu się w szarej
codzienności kosztem marzeń. Pada też sugestia, iż potrafimy zmienić życie na
lepsze zarówno sobie samemu, jak i komuś innemu. Z drugiej strony, quasi
edukacyjne treści nie zostały na tyle czytelnie wyłuszczone, by brzdąc je
dokładnie wychwycił, prócz uporczywych wręcz przypomnień o realizacji własnych
pragnień.
Co
się tyczy warstwy wizualnej, nie uświadczymy tutaj majstersztyku, lecz dziatwa
raczej nie będzie narzekać, pod warunkiem że przed ekranem nie zasiądzie malec
rozpieszczony przez wystawne perełki pokroju Pixara. Trafiło się kilka niezłych
ujęć, aczkolwiek z racji ograniczonego budżetu nie oddano w pełni ich
potencjału. Jednak i wśród skromniejszych animacji znajdą się ładniejsze
pozycje, co przy dyskusyjnej jakości scenariusza nie ukazuje „Delfina Pluma” w
nazbyt korzystnym świetle. Stąd lepiej ponownie obejrzeć dla przykładu „Gdzie
jest Nemo?”, jeżeli już chcemy trzymać się podwodnych klimatów.
--------------------------------------------------
Tytuł
polski: Delfin Plum
Tytuł
oryginalny: El delfín: La historia de un soñador
Reżyseria:
Eduardo Schuldt
Scenariusz:
Michael Wogh, Eduardo Schuldt, Judy Kellem
Gatunek:
animacja, przygodowy, familijny
Produkcja:
Peru, Niemcy, Włochy
Rok
produkcji: 2009
Czas
trwania: 84 minuty
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
System komentarzy, tak jak cały blog, funkcjonuje na platformie Blogger, gdzie stosowane są zasady polityki prywatności Google.